Geoblog.pl    migot    Podróże    Sprawozdanie z podróży do USA: Floryda i Big Easy (+ Bahamy) (2026)    Brama Ameryki Łacińskiej
Zwiń mapę
2026
08
mar

Brama Ameryki Łacińskiej

 
Stany Zjednoczone Ameryki
Stany Zjednoczone Ameryki, Miami
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 12355 km
 
Wstęp: Na koniec zostawiamy sobie miasto, które technicznie było początkiem naszej wyprawy – Miami. Zdecydowanie najważniejsze w regionie - choć nie jest stolicą stanu (ta leży w znacznie bardziej północnym Tallahassee – co wynika z historii Florydy, która długo nie zagospodarowywał terenu półwyspu). Olbrzymie lotnisko międzynarodowe Miami obsługuje nie tylko loty do Europy i na Bliski Wschód, ale przede wszystkim – do Ameryki Łacińskiej. Jest to jeden z powodów, poza silną obecnością kultury latynoskiej i powiązaniami biznesowymi, dla których bywa USA-centrycznie nazywane „Bramą Ameryki Łacińskiej”. Lub jeszcze bardziej samozwańczo-zarozumiale - „Stolicą Ameryki Łacińskiej” – i może być w tym nawet krztyna prawdy…

Cel: Finisz w Miami!

Materiały i metody: *Przejazd z Fort Lauderdale (FLL) do Miami: na tę ostatnią część podróży nie wynajmowałyśmy już auta, a jako, że najtańszy lot powrotny z Nowego Orleanu był do FLL, trzeba było się jakoś przedostać z lotniska do miejsca noclegowego w Miami. Pierwotnie planowałyśmy przejazd kolejką Tri-Rail (mnie niż 3.50$/bilet) + taksówkę, ostatecznie, jako, że kolejka uciekła nam sprzed nosa a jeździ co godzinę – wzięłyśmy Lyfta (analog UBERa) już ze stacji Tri-Rail koło FLL (30$). Co ciekawe, stacja nie jest na samym terminalu, trzeba do niej dojechać shuttle busem (darmowy). I choć nie złapałyśmy kolejki, tak cena Lyfta ze stacji wynosiła spadła o połowę względem odbiorów z samego terminala!
*Nocleg: Airbnb na południowym skraju Liberty City (sypialnia i salon z dodatkową kanapą) - 1132 za 2 noce/3os. Nie jest to idealna lokalizacja, ale że nasz pobyt przypadł w weekend, i to zaczynający studencką przerwę semestralną to ceny w centrum były kosmiczne…
*Transport w Miami: Wiele zupełnie darmowych [!] opcji transportu publicznego – od trolejbusów (w Miami pomarańczowo-zielone; Miami Beach - niebieskie), przez Metromover w Downtown (co kilka minut), po darmową taksówkę wodną łączącą Miami (Venetian Marina) z Miami Beach (Maurice Gibb Memorial Park) -kursuje co 1-1.5h, na razie pon-pt. Do tego jest metro i autobusy (2.25$ przejazd 3h, max. opłata dzienna: 5.65$) – w autobusach z jakiegoś powodu średnio co drugi raz nie brano od nas opłaty (może to jakaś rekompensata za kompletne nietrzymanie się rozkładów)… Przejazdy suplementowałyśmy UBERem i Lyftem: +/- 10-15$ za przejazd, więcej na lotnisko. Pro tip: Podjazd pod terminal mocno się korkuje – zwłaszcza w rannych i wieczornych godzinach szczytu i w weekendy. Lepiej wziąć taksówkę do lotniskowego centrum wynajmu samochodów, skąd na terminal jeździ szybka, darmowa kolejka – oszczędzi to czas i zapewne pieniądze.
*Jedzenie: W Miami Beach: Cubatón Sandwich Shop, 413 15th St; Big Pink, 157 Collins Ave| W Little Havana: El Pub, 1548 SW 8th St.

Przebieg: Szczerze mówiąc nie miałam zbyt wielkich oczekiwań wobec Miami – tym bardziej pozytywnie mnie to miasto zaskoczyło! Było kolorowe, słoneczne, czyste i bardzo przyjemne w odbiorze – perfekcyjny koniec tego intensywnego wyjazdu. Pełne opalonych, wysportowanych i uśmiechniętych ludzi i studentów zjeżdżających zabawić się w trakcie spring break. A także - zaskakujących przejawów nowoczesności – od pływających LEDowych bilboradów na plażach, przez zrobotyzowanych dostawców w formie samobieżnych, zamykanych „koszyków” rozwożących zakupy i inne zamówienia w obrębie miasta, po autonomiczne taksówki, które poruszały się bez kierowcy. Ten widok nie przestawał zadziwiać – szczególnie gdy bezradnie starały się poprawnie włączyć do ruchu, bez bezczelnej siły przebicia żywych taksówkarzy…

Sporo korzystałyśmy tu z rozbudowanej i często darmowej oferta transportu publicznego – rzeczy wyjątkowo nietypowej w USA, co czyniło ją nieraz atrakcją samą w sobie. Były więc darmowe, spalinowe „trolejbusy” – pachnące nowością retro-wagoniki wyłożone drewnem, kręcące się dziwnymi pętlami w różnych regionach miasta (tylko trochę w rozeznaniu pomaga dedykowana aplikacja). Zupełnie innych emocji dostarczał autonomiczny Metromover, który krąży wyniesionym torem w biznesowym Downtown, i jak jakaś miejska kolejka górska dla emerytów pozwala patrzeć na wieżowce „manhatanizującego” się centrum z zupełnie innej perspektywy. W końcu można skorzystać z najnowszego dodatku do darmowych opcji transportowych – taksówki wodnej łączącej Miami z Miami Beach. Bo choć tutejszy obszar metropolitalny jest olbrzymi (większy od Małopolski!) i liczy ponad 6 milionów mieszkańców, granice administracyjne Miami sensu stricte są dość niewielkie. Nawet jego słynne plaże technicznie nie są w Miami, a w osobnej miejscowości o nazwie Miami Beach, leżącej na pasie wysp barierowych pomiędzy Oceanem Atlantyckim a zatoką Biscayne.

I to chyba właśnie Miami Beach polubiłyśmy najbardziej – za turkusową, ciepłą wodę przy szerokiej, białej i długiej jak oko sięga plaży, pilnowanej czujnym okiem ratowników rezydujących w ikonicznych kolorowych budkach. I to mimo szpaleru hoteli na jej północnym krańcu i lotniczym reklamom promującym zakup broni… Za szpaler budynków w stylu art deco przy Ocean Drive - subtelnie pastelowych za dnia, i krzykliwych neonami nocą. Za zachód słońca na południowym cyplu, gdzie z jednej strony widać port, z którego raz po raz wypływały na podbój Karaibów kolejne wycieczkowce, a z drugiej - całą plażową rozciągłość miasta. Za wyjątkowy, kurortowo-wakacyjny luz – nie powiem, nieźle musi się mieszkać w miejscu, gdzie w sobotnie popołudnie można sobie wyskoczyć na taki piknik…

Z miejsc, w których przyjemnie się było pokręcić w samym Miami należy wymienić Wynwood - postindustrialną dzielnicę w której centrum królują piękne murale i graffiti, oraz oczywiście Little Havana. To kubańska „stolica na uchodźctwie” - Miami stawało się naturalnym domem z wyboru dla kolejnych fal uciekinierów z wyspy i po dziś dzień zamieszkuje je największa liczba Amerykanów kubańskiego pochodzenia. Turystycznie interesujące jądro dzielnicy jest jednak niewielkie (i nieco przez to rozczarowujące) – fragment SW 8th street zwany Calle Ocho. Jest tam kilka kubańskich barów ze słynnymi, kubańskimi kanapkami (których próżno szukać na samej, pogrążanej w permanentnym kryzysie Kubie…), popularna lodziarnia i cukiernia, placyk, gdzie grupki starszych panów krają w domino, jest park z pomnikiem upamiętniającym bohaterów pokonanych w Zatoce Świń – narracja dokładnie przeciwna do tej, jaką prezentuje się na Kubie (gdzie ludzie ci są uważani za zdrajców). Wszędzie szyldy coca-coli, w centrum wielki McDonald – obecność tych marek jest tu tak ekspansywna, jakby chciały zrekompensować sobie swoje wykluczenie na Kubie. Generalnie Little Havana nie przypomina w żadnym stopniu tej prawdziwej. Jest Kubą à rebours, anty-Hawaną – tym, czym by się pewnie stała bez rewolucji – zamerykanizowaną quasi-kolonią, drugim Portoryko… Choć w żaden sposób nie zamierzam romantyzować kubańskiej rewolucji, trudno nie pomyśleć z pewną ulgą, że Hawana karaibska nie stała się jednak kolejną odsłoną tej samej, zglobalizowanej scenografii…

*

Może Kuba wciąż nie jest zamerykanizowana, ale za to w Miami wyraźnie widać wpływy latynoamerykańskie – to jedno z niewielu dużych miast w USA, gdzie ponad połowa mieszkańców za swój język ojczysty uznaje hiszpański. Powszechne jest przekonanie, że taki stan rzeczy panował tu od zawsze i naturalnie wynika z geografii i historii miasta – choć w rzeczywistości ukształtował się dopiero na początku lat 80. XX wieku…

Jeszcze w latach 60. i 70. Miami było etnicznym tyglem, podzielonym na z grubsza trzy równe części według koloru skóry. Na każdą z tych frakcji składało się jednak wiele, często skłóconych mniejszości. Białe, anglosaskie Miami z folderów turystycznych mieściło też zmarginalizowaną mniejszość żydowską i świeżą imigrację. Latynoskie Miami z kubańską Little Havaną (zasilaną regularnie od czasu kubańskiej rewolucji w 1959 roku kolejnymi rzutami uciekinierów) było też domem imigrantów z innych krajów – m.in. z Kolumbii czy Salwadoru. Byli oczywiście także czarni mieszkańcy – to właśnie migranci z Bahamów budowali kolej i pierwsze hotele nad zatoką Biscayne na początku wieku. Zresztą, przez długi czas Miami było bardziej czarnym niż latynoskim miastem, w którym osiedlała się także wewnętrzna emigracja ze stanów Głębokiego Południa oraz imigracja karaibska – z Jamajki, Haiti i kolejne fale Bahamczyków.

Tak było aż do wstrząsu przełomowego roku 1980, gdy w miasto uderzyła wielka fala migracji z Kuby. Był to bowiem jeden z takich momentów w historii USA (trudnych dziś do wyobrażenia), gdy otwarto szeroko drzwi dla umęczonych kubańskich uchodźców. Zakładano: ileż może ich przyjechać? Pięć tysięcy, dziesięć? W najgorszym wypadku dwadzieścia? Po incydencie w peruwiańskiej ambasadzie w Hawanie, gdzie tysiące osób szukało azylu, Fidel Castro otworzył port Mariel i oznajmił, że jeśli ktoś chce jechać – droga wolna, takie wywrotowe elementy nie mają miejsca w jego doskonałym socjalistycznym kraju. W Miami zaś natychmiast kto z kubańskiej diaspory mógł, to wynajął łódź, i gnał na Kubę po członków rodzin. Fidel postanowił jednak dwojako oczyścić swój kraj. Nie tylko z dysydentów, desperatów i krewnych wcześniejszych emigrantów; dorzucił też na przypływające po uchodźców statki świeżo wypuszczanych z więzień przestępców (od drobnych złodziei po gwałcicieli i zabójców), osoby wypuszczane ze szpitali psychiatrycznych, chorych i niedołężnych, prostytutki, transwestytów oraz osoby starsze bez rodziny do opieki. Trzeba przyznać, że był to plan cynicznie doskonały: z jednej strony pozbywał się własnych obciążeń, z drugiej amerykańska opinia publiczna – początkowo życzliwa uciekinierom z komunistycznej dyktatury – po kilku głośnych artykułach o „eksporcie przestępców” szybko się odwróciła, demonizując wszystkich imigrantów i zmuszając władze do przerwania procederu. Szacuje się jednak, że w ciągu zaledwie kilku miesięcy do Miami przypłynęło około 125 tysięcy ludzi – największa jednorazowa fala kubańskiej emigracji... I to wszystko w momencie, gdy w mieście rosło oburzenie po nagłośnieniu przypadków brutalnego traktowania czarnoskórych przez policjantów, a narkotykowy biznes napędzał rozlew krwi między kartelami…

Miasto zmagało się z przestępczością większą niż Chicago w latach dwudziestych, uderzyła w nie fala migracji bardziej natężona niż w Nowym Jorku na przełomie wieków, a potem wstrząsnął nim gwałtowny paroksyzm napięć rasowych.
Miami 1980. Rok niebezpiecznych dni, Nicholas Griffin

Wydawało się, że to wszystko zaprzepaści dynamiczny rozwój i śmiałe wizje burmistrza Ferré, który chciał z Miami uczynić amerykańskim centrum Ameryki Łacińskiej. Marzył, by pieniądze Ameryki Południowej – z prężnych biznesów i wymiany handlowej – przechodziły przez banki Miami, skuszone nowoczesną infrastrukturą i obecnością sporej, hiszpańskojęzycznej (oraz szerzej – dwujęzycznej) populacji miasta. I w zasadzie tak się stało, choć tym głównym dochodowym „biznesem” Ameryki Łacińskiej, którego pieniądze trafiały do Miami, był przemyt narkotyków…

Ferré nazwał narkobiznes przejawem "deprawacji duszy ludzkiej", ale stwierdził również, że "z gospodarczego punktu widzenia, od chwili gdy pieniądz trafia do banku i zostaje zdeponowany a potem wypożyczony w postaci kredytu na budowę nowych budynków mieszkalnych - no cóż, pieniądz to pieniądz". Narkotyki wywołały w mieście Ferrego rozlew krwi, ale dzięki nim powstało również około dwudziestu pięciu tysięcy nowych legalnych miejsc pracy w bankowości, budownictwie i usługach. Dodatkowe czterysta milionów dolarów wpływów z podatku obrotowego wzmocniło natomiast hrabstwo Dade.
Miami 1980. Rok niebezpiecznych dni, Nicholas Griffin

Zmieniła się fundamentalnie nie tylko struktura demograficzna, ale też ekonomiczna miasta – ku zdecydowanej dezaprobacie jego ‘najbielszej’ części…

(...) Natomiast reszta anglosaskiego Miami oburzała się, coraz wyraźniej zdając sobie sprawę z własnych językowych ograniczeń. Odmawiała pogodzenia się z tym, że w Ameryce trzeba znać hiszpański, żeby dostać pracę jako sprzedawca w domu towarowym Burdines. Prawdziwą zniewagą nie było jednak używanie hiszpańskiego przez ludzi, ale to, że po hiszpańsku mówiły pieniądze. W 1980 roku w Los Angeles hiszpańskim posługiwał się ten, kto kosił trawniki i kto w restauracji przynosił rachunek. W Miami odwrotnie - właściciel trawnika i człowiek, który rachunek przyjmował."
Miami 1980. Rok niebezpiecznych dni, Nicholas Griffin

Zmiany te były nagłe, ale trwałe. Co więcej, to, co niemal pół wieku temu wstrząsnęło skrawkiem Florydy teraz (choć w różnym stopniu) dotyczy całego kraju - i wciąż budzi społeczne obawy, podsyca publiczne debaty i napędza polityczną demagogię. Być może jednak sposób, w jaki Miami przetrwało ten chaos dostarcza jakiejś lekcji, a może nawet odrobiny nadziei…

Obecnie żaden Amerykanin nie powie, ze narkotyki, imigracja czy kwestie rasowe to tematy zarezerwowane dla południowej Florydy. Pogarda, z jaką reszta kraju patrzyła na Miami w 1980 roku, może się dziś wydawać nie na miejscu. Lepiej myśleć o tamtym roku w Miami jako o niezwykle amerykańskim eksperymencie.
(…)
Jeśli to, co działo się w 1980 roku, porównać do badania diagnostycznego Ameryki, Miami było biopsją. Ujawniła ona nadciagające skażenie kokainą, komplikacje wywołane nagłą falą imigracji oraz potencjalny trójpodział rasowy. Miami zakipiało, wybuchło i przetrwało - we własnym zakresie. Rok 1980 przyśpieszył zmiany, ale ich nie wywołał. Każde krótkofalowe zagrożenie miało natomiast długofalowe plusy. Kokainowa korupcja przyniosła dosyć pieniędzy, by wzmocnić miasto. To samo dotyczyło imigracji - jej fala wydawała się przytłaczająca, ale w końcu została wchłonięta.

Miami 1980. Rok niebezpiecznych dni, Nicholas Griffin

Przemiana miasta jest zaiste imponująca. Na początku lat 80. z dziesięciu najniebezpieczniejszych miast USA aż trzy znajdowały się na południowej Florydzie – w tym oczywiście Miami, które stało się synonimem miejskiej przemocy. Nie przez przypadek ikonicznym dla tych czasów serialem było „Miami Vice”, gdzie policjanci z lokalnej obyczajówki ścigali przestępstwa narkotykowe. Dziś zaś miasto wygląda jak spełnione marzenie Ferré: przyciąga największą liczbę zagranicznych instytucji finansowych w USA po Nowym Jorku, stało się centrum bankowości offshore i inwestycji latynoamerykańskich, a ponad tysiąc międzynarodowych firm ma tu swoje regionalne siedziby dla Ameryki Łacińskiej. Co roku odwiedza je ponad 28 milionów turystów – wśród zagranicznych gości ustępuje tylko Nowemu Jorkowi. Wskaźniki zabójstw spadły dziesięciokrotnie, a dzielnice, które w 1980 roku były epicentrum rasowych zamieszek, powoli się gentryfikują. Liberty City jest tu przykładem, który mówi wiele o transformacji miasta: założona pod koniec lat 30. XX wieku przez FDR jako pierwsze osiedle domów komunalnych na południu, z bieżącą wodą i elektrycznością. Jednak gdy budowa ekspresowej drogi I‑95 przecięła czarnoskóre dzielnice miasta, ci tłumie sprowadzili się Liberty City – ku żywym protestom białych sąsiadów. Do lat 80. około 90% dzielnicy stanowiła czarna klasa pracująca, z jednym z najwyższych wskaźników przestępczości w Miami. Dziś zaś właśnie tutaj wynajęłyśmy nasze Airbnb – skromne, ale spokojne. Nic nie pokazuje gentryfikacji lepiej niż fakt, że w takim Liberty City pojawia się przestrzeń dla osób takich jak nasza gospodyni – biała etno-artyska zajmującej się tekstyliami i produkcją zapachowych mydeł…

-----------------
PS. Opóźnienia wpisów niechybnie świadczą o moim powrocie do domu;) Nie wiem jak po intensywnym zwiedzaniu mam siłę na pisanie, a po dniu w pracy już nie – ale może to być związane z faktem, że w pracy często bite 8 godzin już siedzę przed komputerem… Niemniej – śledzącym relację dziękuję, nawet jak nie mogę się cieszyć komentarzami! A biorąc pod uwagę kolejne usterki wyświetlania map to może być już jedna z ostatnich relacji a tym dogorywającym portalu…
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (70)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
migot
Magdalena M
zwiedziła 26.5% świata (53 państwa)
Zasoby: 574 wpisy574 1711 komentarzy1711 13224 zdjęcia13224 5 plików multimedialnych5