Wstęp: Większość normalnych ludzi nie przeznacza dobrowolnie jednego dnia wakacji na pracę, ale naukowcy to przecież nie są tak do końca normalni ludzie. Więc gdy plan wycieczki się stabilizował, skontaktowałam się ze znajomą naukowczynią badającą immunologię płazów właśnie w Orlando – i wpadłam z zawodową wizytą konsultować ich najnowsze projekty. Gdy reszta wycieczki spędzała ten dzień w zoo/parku rozrywki Seaworld, ja byłam na kampusie University of Central Florida…
Cel: Naukowe konsultacje…
Przebieg: Poza zupełnie naukowymi tematami, jak wydajne multipleksowanie wielu amplikonów przed sekwencjonowaniem i technikaliami badania zmienności repertuarów receptorów limfocytów T u organizmów niemodelowych, spotkanie z A. i jej zespołem było okazją do porozmawiania o tym jak się tutaj na Florydzie żyje. A. pochodzi z Nowej Anglii, regionu zupełnie odmiennego kulturowo niż południe USA, a co dopiero Floryda. Niemniej, tutaj pojawiła się okazja stałego etatu – a to w świecie naukowym rzecz rzadka i cenna. Najpierw chciała z mężem mieszkać tu najwyżej kilka lat, ale 11 lat i trójkę dzieci później są dalej tutaj. Przyznała, że żyje im się tu wygodnie – mają dobre prace w swoich zawodach, dom blisko kampusu, najstarsza córka ma kilkaset metrów do dobrej szkoły… Nie porzucili jednak nadziei że np. bliżej emerytury wrócą na północ, gdzie jest mniej betonowych autostrad i hardcoroe’owych redneków, a więcej „kultury”. Samo Orlando jest jednak prawdziwą mieszanką – nie można się co prawda okopać w liberalno-lewicowej bańce, bo ludzie o innych poglądach są sąsiadami i współpracownikami – ale jest tu np. spora społeczność LGBT i na tyle duża różnorodność, że nie ma się poczucia odosobnienia na konserwatywno-prawicowej pustyni.
Bo nie da się tego Słonecznego Stanu (
The Sunshine State) tak łatwo zaszufladkować. To wypoczynkowa mekka i najeżone aligatorami, ‘bezużyteczne’ bagnisko. Marzenie emerytów i puenta żartów. Miejsce gdzie prawo nie do końca sięga, a memiczny
Florida men z nagłówków brukowej prasy popełnia najbardziej osobliwe wykroczenia i transgresje – i kilka takich historii przytoczono mi w trakcie lunchu…
*
Część „dziwności” Florydy może wynikać z jej specyficznej historii. W świadomości Europejczyków pojawiła się w 1513, gdy konkwistadorzy zajęli ją dla chwały Hiszpanii. Pozostawała jej kolonią do 1763 roku, potem przejęli ją Brytyjczycy, potem znów wróciła do Hiszpanii, aż w końcu Stany Zjednoczone, robiąc porządek na mapie, odkupiły ją w 1819 włączając w swoje terytorium. Przez całe wieki niewielu tu się działo, a bagniste, podmokłe, parne i pełne moskitów tereny chroniły zbiegłych niewolników i unikających wyroków przestępców. W czasie wojny secesyjnej stanęła po stronie Konfederacji - był to najmniej liczny stan Południa, ale z wszystkimi rasistowskimi przymiotami. W owym czasie znaczna większość Florydy – cały półwysep – był niemalże bezludny, zaś osadnictwo skupiało się nie na północnym skrawku graniczącym z Alabamą i Georgią. W tym sensie peninsularna Floryda była ostatnią rubieżą kontynentalnych Stanów Zjednoczonych – zasiedloną znacznie później niż Dziki Zachód…
Faktyczny rozwój południowej Florydy to dopiero lata 20. XX wieku. Największy udział w przemianie tego miejsca w to, z czym kojarzymy Florydę teraz, miał
Henry Flagler, klimatyzacja i skuteczne repelenty na komary… Dwóch ostatnich pozycji tłumaczyć nie muszę, jednak postać Henrego Flaglera zasługuje na notatkę. Ten mało znany krezus, który z Rockefellerem założył największą firmę naftową swoich czasów, odegrał zasadniczą rolę w połączniu Florydy z resztą kraju - głównie poprzez rozbudowę kolei. Był on też wizjonerem przekształcenia stanu znanego głównie z uprawy cytrusów w amerykańską Riwierę – w czym wydanie pomogła I Wojna Światowa (gdy zamożni amerykanie nie mogli już tak swobodnie korzystać z uroków modnego wybrzeża Włoch i Francji...).
Z czasem więc przeobraziła się z wesołego bagniska renegatów po trzeci, najludniejszy stan USA. Ze stanu demokratycznego, przez
swing state - stan „wahający” (jeden z tych, który de facto decyduje o wyniku wyborów), po bastion republikańskich konserwatystów, Kontr-Kalifornię.
Ta ostatnia, polityczna przemiana wydaje się dość zaskakująca, a jej przyczyny złożone... Jedni wskazują, że to naturalna tendencja stanów Południa, inni przypisują to zmieniającej się demografii (wszak migrują tu emeryci z całego kraju, często bardziej konserwatywni niż młodsze pokolenia). Trzecim czynnikiem ma być spora imigracja kubańska, która jest wyjątkowo podatna na republikańską narracje o rzekomym „komunizmie” Demokratów… Ludzie doświadczeni socjalizmem realnym nie potrzebują wiele, by na byle wzmiankę o lewicowości konkurentów wybierać ultraliberalną gospodarczo prawicę...