Geoblog.pl    migot    Podróże    Sprawozdanie z podróży na Zakaukazie (2016)    Kościół i lodowiec
Zwiń mapę
2016
30
cze

Kościół i lodowiec

 
Gruzja
Gruzja, Kazbegi
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 2624 km
 
Wstęp: Dzień wcześniej sympatyczny Gruzin namówił nas na swoje usługi kierowcy do malowniczo położonego na wzgórzu kościoła św. Trójcy – Cminda Sameba. Spacer przez las jest mało interesujący, a ponadto chcieliśmy oszczędzać siły na wspinaczkę pod lodowiec Gergeti. Na dobicie targu kierowca zabrał nas do siebie i polał domowej roboty koniak. Wszystko zapowiadało się pięknie, ale pogoda nie podzielała naszych entuzjastycznych planów. Gdy podjechaliśmy pod kościół była tak straszna ulewa, a okolica tak zaciągnięta chmurami, że raczje powinniśmy rozglądać się za materiałem do budowy arki niż za górskimi ścieżkami. Kierowca machnął ręką i powiedział – za godzinę deszcz przejdzie, i będzie piękna pogoda. Zupełnie bez przekonania wybiegliśmy z samochodu pod dzwonnicę prowadzącą na teren kościoła. Po 20 minutach, zmarznięci i zmoczeni już mieliśmy rezygnować, gdy faktycznie zaczęło się przejaśniać…

Cel: Panorama z kościołem św. Trójcy – Cminda Sameba górującym nad Kazbegi i trekking pod czoło lodowca Gergeti

Materiały i metody: Wjazd samochodem terenowym pod kościół Cminda Sameba – 50 GEL; podejście tą drogą trwa ok. godzinę. Mapa regionu ze szlakami wędrówek – 15 GEL w sklepie/biurze turystycznym w Kazbegi.

Przebieg: Schroniliśmy się przed wiatrem w kościele – akurat trwało nabożeństwo. Jest w tym prawosławnym obrządku jakaś surowość i mistycyzm, którego nie znajduję w kościele katolickim. Szczególnie czuć to w takim miejscu - niewielki kościółek na szczycie wzgórza, gdzie kamienne, poczerniałe ściany zdobią jedynie złote ikony. Wąskie smugi światła ze szczelinowych okien kopuły rozświetlają dym kadzidła. Półmrok bocznych naw rozpraszają zapalane przez wiernych smukłe, woskowe świece…

***

Niecałą godzinę po naszym przybyciu na szczyt deszcz ustaje, a niebo z wolna się przejaśnia. Górska pogoda jest klasycznie nieprzewidywalna. Później niż planowaliśmy, bo ok. 8.30 ruszamy trawiastym zboczem naprzeciw kościoła, tuż przy linii lasu. Najpierw stromo, potem przepłaszczenie zboczem góry. Kościół św. Trójcy maleje za każdym razem, gdy odwracamy głowę. W pewnym momencie trasa odbija mocno w górę – trzeba było iść tamtą drogą, która potem łagodnie wznosi się na przełęcz z niewielką kapliczką. Nasz wariant trasy był znacznie bardziej mozolny – ostro pod górę, i na dodatek buty ślizgały się na mokrym błocie. Łagodne, soczysto-zielone zbocza pełne dzikich rododendronów ustępują miejsca skalnym rumowiskom - ostre, popielate głazy porośnięte są zielonkawymi mchami. Jeszcze jest sporo kwiatów, kto wie czy czasem nie rosnących bujniej niż w Swanetii. Całe łany żółtych, fioletowych i niebieskich. Spod kapliczki już prawie widać szary jęzor lodowca, jak zamarznięty wodospad opadającego ze stromego klifu. Ponad 5-tysięczny Kazbek niemal cały czas chowa się w chmurach – kapryśna to góra. Choć wydaje się, że to już blisko – tak naprawdę jesteśmy dopiero w połowie drogi. Teraz spokojniej, lekko w dół, aż do wartkiego strumienia. Spacerując wzdłuż brzegu można po chwili znaleźć miejsce, gdzie ułożenie głazów będzie na tyle dogodne, że można przeprawić się na drugą stronę suchą stopą. Przynajmniej o tej porze roku… Za rzeką trasa robi się bardziej wymagająca, a krajobraz niegościnny – jeszcze jakieś 30-45 minut do czoła lodowca. Nie wiem, czy to zmęczenie, czy może już wysokość – ale jakoś trudniej łapie się oddech.
Dochodząc do krawędzi lodowca z jednej strony czuje się dumę z osiągniętego celu, z drugiej jest jednak maleńkie ukłucie rozczarowania – taki jakiś niepozorny, szarobury… Przyprószony śniegiem, ale gdzieniegdzie wystaje zapewne morena czołowa – masa zatopionej w lodzie ziemi i żwiru. Ale uczmy się kochać lodowce, bo tak szybko topnieją… Kto wie, może za kilkadziesiąt lat nasze pamiątkowe zdjęcie będzie przypominać świat, którego już nie będzie?

Droga zajęła nam równe 4 godziny, o 12:30 dotarliśmy do lodowca. Stąd większość wspinaczy idzie dalej. Do bazy pod Kazbekiem, by dalej kontynuować wspinaczkę na sam szczyt. Nam już tyle wystarczy wrażeń, zaczynamy powrót. Do kościoła wrócimy akurat na 16:00, by wykonać serię klasycznych zdjęć landszaftowych - to chyba najbardziej znany gruziński pejzaż. Jeszcze tylko godzina z powrotem do miasteczka Kazbegi – to już dziewiąta 9 godzina wędrówki, więc nogi dają się we znać… Docieramy do guesthousu dosłownie na kilka minut przed ulewą – tym razem się udało!
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (48)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (3)
DODAJ KOMENTARZ
zula
zula - 2016-07-04 07:31
Wyprawa trudna lecz cel osiągnięto!
Warto było zdjęcia piękne :-)
 
marianka
marianka - 2016-07-06 21:35
Och, ale Wam zazdroszczę! Super wykapka! Myśmy dotarli tylko do kościoła.
 
BPE
BPE - 2016-07-27 10:21
Brawo, ja poddałam się dużo niżej , ale lało jak z cebra więc nie było sensu drałować do końca
 
 
migot
Magdalena M
zwiedziła 14.5% świata (29 państw)
Zasoby: 249 wpisów249 450 komentarzy450 4334 zdjęcia4334 1 plik multimedialny1