Wstęp: Nim opuścimy imponujące okolice Grindelwaldu, chcemy zajechać jeszcze do drugiej popularnej doliny regionu – Lauterbrunnen. Stąd odchodzą kolejki do dwóch wiosek pozbawionych ruchu kołowego – Mürren i Wengen, można też dostać się stąd na szczyt Männlichen i rozpocząć analogiczny trekking do tego z dnia poprzedniego. Sama dolina jest węższa niż ta, w której leży Grindelwald – i przez to otaczające ją pionowe skały wydają się jeszcze wyższe. Zwykle wpadają do niej dziesiątki wodospadów i, sądząc po zdjęciach, widok jest baśniowy. Nic dziwnego, że Lauterbrunnen jest wskazywane jako inspiracja dla elfickiego Rivendell u Tolkiena. Teraz niestety większość owych bajkowych wodospadów zamarła – Szwajcaria doświadcza, jak większość Europy, rekordowych fal upałów. Co prawda kończy się to każdego dnia gwałtownymi burzami (co uprzykrza nasze namiotowe życie), ale widocznie nie starcza tych opadów, by długotrwale zasilić wszystkie rzeki… Niemniej jeden szczególny wodospad dalej wściekle toczy tu swoje wody – choć nie tak łatwo go na pierwszy rzut oka dostrzec…
Cel: Wodospad ukryty w skale i UNESCO-we Berno.
Materiały i metody: *Wodospady Trümmelbach - 18 CHF.
*P+R Neufeld w Bernie – 10.50 CHF za 5h; w cenie bilet RT na autobus do głównego dworca miasta (linia 11).
*Nocleg: u znajomych w Thun.
Przebieg: Rankiem zajeżdżamy do
Trümmelbach, by zobaczyć wodospad o tej samej nazwie. Jest to wyjątkowa atrakcja – ukryta wewnątrz stoku doliny, gdzie winda i system wykutych korytarzy pozwala turystom – od ponad 100 lat (choć oczywiście najpierw w bardziej ograniczonym zakresie) – podglądać, jak wody z lodowców Eiger, Mönch i Jungfrau przebiły się przez skałę, drążąc fantazyjne tunele. Gdy zbliżamy się do jaskiń, bije od nich chłód, a narastający huk jest ogłuszający. Miejsce jest niesamowite – zdjęcia niestety nie oddają wrażenia, jakie robi 20 tysięcy litrów wody toczonych na sekundę, i to niemal na wyciągnięcie ręki…
*
Dalej robimy sobie mały przerywnik od naturalnych cudów natury (i, dzięki uprzejmości znajomych, od noclegów na campingu…), by zwiedzić miejską dumę kraju – miasto pełniące funkcję stolicy, choć ze względu na egalitarny charakter wszystkich kantonów oficjalnie unika się tego określenia.
Berno docenił też komitet UNESCO – i jego urokliwe stare miasto wpisano na listę światowego dziedzictwa. I faktycznie, jest to wyjątkowo dobrze zachowana, zwarta tkanka miejska, której układ sięga późnego średniowiecza, a wiele budynków pochodzi z ambitnej odbudowy po pożarze z 1405 roku. Wciśnięte między ciasne zakole rzeki Aare, rozłożyło się wzdłuż równoległych ulic handlowych. Spójne, piaskowe kamienice z długimi podcieniami, ukwieconymi oknami i charakterystycznymi wejściami do piwnic, dostępnymi z poziomu ulicy. Do tego piękne wieże zegarowe, z których najbardziej znana jest Zytglogge, i z renesansowe pomniki wieńczące ratujące w tym upale życie fontanny (z pitną wodą). W krajobrazie wybija się ażurowa dzwonnica gotyckiej katedry Berner Münster, w której zachowały się XV-wieczne witraże – najcenniejsze na terenie Szwajcarii – bo nie padły ofiarą protestanckiej, surowej „de-dekoracji”, gdy usuwano z nich katolickie rozpasanie…
Symbolem miasta jest niedźwiedź – i, co zaskakuje, kilka (żywych) niedźwiedzi można zobaczyć w zagrodzie nad brzegiem rzeki… Zresztą rzeka jest miejscem ulubionego miejskiego sportu letniego mieszkańców –
city swimming – pływania rzeką, a bardziej nawet „spływania”: wskakiwania w jednym miejscu i wychodzenia w innym, przepływając z nurtem spory kawałek. Dobrze mieć do tego odpowiedni ekwipunek – np. nieprzemakalne torby, które pozwolą nam ze sobą zabrać dobytek… My nie byliśmy tak przygotowani, a szkoda… Ogólnie kilka godzin tu spędzonych było bardzo przyjemne i Berno chyba bardziej przypadło mi do gustu niż Zurych – który widziałam kilka lat wcześniej przy okazji konferencji.
*
Dzień kończymy u znajomych Michała w uroczym Thun (które jednak widzimy tylko pobieżnie, głównie z okien samochodu). Uraczono nas raclette i szwajcarskimi serami, pośmialiśmy się i pożartowaliśmy, była też okazja zapytać jak naprawdę żyje się w Szwajcarii. I jak można się domyśleć – żyje się bardzo dobrze. Jeśli się pracuje – to stać nas praktycznie na wszystko, i to bez względu na rodzaj wykonywanej pracy. Problemy zaczynają się gdy zachorujemy lub… założymy rodzinę. System zdrowotny przypomina nieco ten w USA, gdzie w dużej mierze polega się na prywatnych ubezpieczycielach, i do pewnej kwoty (taki „wkład własny”) – takie wizyty są płatne. Łatwo zgadnąć, że ludzie raczej unikają chodzenia do lekarza – dopóki dolegliwości nie robią się poważne, co czasem oznacza zgubną zwłokę w diagnozowaniu chorób… Dzieci z kolei rodzą masę problemów związanych z zapewnieniem im opieki. Szwajcaria praktycznie nie ma państwowych żłobków, a urlop macierzyński trwa tylko 14 tygodni. W związku z tym niezwykle rzadko zdarza się, by po pojawieniu się dziecka oboje rodziców mogło pracować na pełen etat. W tradycyjnym modelu, matka rezygnuje z pracy; w bardziej nowoczesnym - oboje rodziców redukuje etaty (np. oboje po 60%, lub 80 – 50% itd.). Osobliwe wyzwania przynosi też okres szkolny. Dzieci mają w trakcie lekcji 1,5h przerwę – w zamyśle mają wtedy wracać do domu, gdzie w tradycyjnym modelu rodziny czeka przygotowany przez matkę obiad. Współcześnie często kończy się na skomplikowanym systemie dyżurów, w których kolejno różne matki, wykorzystując wolne dni wypadające w ramach ich zredukowanych etatów, przejmują wyżywienie większej grupki dzieci…
Wszystko to zdaje się ma wpierać, jeśli nie faworyzować, tradycyjny model rodziny. A do tradycji Szwajcarzy są bardzo przywiązani, zwłaszcza jak chodzi o męską dominację. Szwajcaria była zresztą jednym z ostatnich krajów Europy (poza Lichtensteinem…), które przyznało czynne i bierne prawa wyborcze kobietom – bo dopiero w 1971 roku! I to na poziomie federalnym; pełnie praw lokalnych w niektórych regionach otrzymały dopiero w latach 90. XX, i to po wyroku Sądu Najwyższego. Długo uważano, że przecież zgodne małżeństwa mają takie samo zdanie, więc wystarczy, że zagłosuje mężczyzna (a panny i wdowy cóż, głosu nie miały). Powodu tego stanu rzeczy niektórzy doszukują się w specyficznych korzeniach szwajcarskiej demokracji – która zresztą jest dość nietypowa, z dużym komponentem demokracji bezpośredniej i licznymi referendami. Agnieszka Kamińska przytacza w swoje książce o wymownym tytule
Złota klatka? O kobietach w Szwajcarii takie zdanie pewnej szwajcarskiej historyczki:
(...) podstawą istnienia demokratycznej Szwajcarii było kolektywne samoorganizowanie się społeczeństwa, czy to w formie średniowiecznych cechów, armii milicyjnej, zgromadzeń ludowych w gminach i kantonach, złożonej w 1291 roku przysiędze trzech kantonów, czy w końcu w powołanej w 1848 roku federacji. To wszystko emanacje jednego i tego samego: męskich sojuszy. Jedną z wartości leżących u ich fundamentów było zaś ścisłe powiązanie obronności z obywatelstwem - przekonanie o tym, że każdy obywatel jest żołnierzem. Skoro obowiązek obrony kraju był warunkiem koniecznym posiadania praw obywatelskich, to niewypełnienie tego obowiązku oznaczało automatyczne pozbawienie tych praw.