Wstęp: Szwajcaria znana jest na całym świecie – poza bankami, czekoladą, zegarkami i scyzorykami – ze swoich kolei. Są punktualne i od dobrze ponad wieku wspinają się na nieprawdopodobne górskie przełęcze. Choć jesteśmy tu samochodem, i moglibyśmy dzisiejszą trasę nim pokonać – tutaj podróż była celem. A dokładniej…
Cel: Przejazd sekcją wpisanych na listę UNESCO linii kolejowych w Alpach Retyckich.
Materiały i metody: *Przejazd pociągiem z Thusis do St. Moritz (RT): 32 CHF (z kartą Half Fare); podróż zajmuje 1,5h w jedną stronę.
*Waluta – frank szwajcarski, CHF, obecnie 1 CHF = 4.60 PLN.
Przebieg: Po rześkiej nocy nastał piękny poranek, i już przed 8.30, w pięknych promieniach słońca ruszyliśmy na południe, z Thusis do St. Moritz. Choć na trasie kursują droższe, „widokowe” pociągi typu Glacier Express, równie dobrze (a taniej, i nie ma problemu z obowiązkową rezerwacją miejscówek) można skorzystać ze zwykłych, regionalnych połączeń kolei retyckich. Choć nie mają w pełni przeszklonych, panoramicznych okien – część składów ma okna otwierane, co fotografiom służy nawet bardziej, a niektóre mają nawet specjalne widokowe wagony – bez krzeseł, ale z oknami od ziemi do sufitu, i również szeroko otwieranymi oknami.
UNESCOwy wpis stanowią dwie zabytkowe linie kolejowe:
Albula i
Bernina; my pokonujmy dziś (w dwie strony…) pierwszą z nich. Ma być przykładem wybitnych osiągnięć myśli technicznej i architektonicznej z początku XX w., zrealizowanym z poszanowaniem krajobrazu Gryzonii, przez który ją wytyczono. Pnie się niemal niezauważalnie z 697 m.n.p.m w Thusis na 1775, do położonej nad brzegiem jeziora stacji St. Moritz (a nawet wyżej w jednym z tuneli)! I robi to często zakręconymi pętlami by łagodniej nabierać wysokości, nie korzystając z dodatkowej zębnicy (tzn. szyny zębatej umieszczonej pośrodku toru, na którą oddziałują zębate koła napędowe i hamujące taboru trakcyjnego, pozwalające pokonywać trasę o dużych nachyleniach). Otwarta w 1904 roku prowadzi przez przełęcz o tej samej nazwie, ma 67 km, 42 tunele i 144 mosty i wiadukty kolejowe, z czego najbardziej znany i najwyższy jest wiaduktu
Landwasser. Można dyskutować, czy tego typu konstrukcje widać lepiej z pokładu pociągu, czy jednak z zewnątrz - niemniej, ogólny aspekt widokowy trasy widzianej z okien pociągu jest niezaprzeczalny! Tak się składa, że jest to też moje 200 odwiedzone miejsce z listy UNESCO – niewiele, przy niektórych geoblogowych wyjadaczach, ale dalej cieszy:)
*
Samo St. Moritz, które w tym wypadku przyszło nam oglądać bardziej przy okazji, niż jako cel sam w sobie, jest schludne, czuć pieniądz, ale nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia. Może to kwestia sezonu, a splendoru dodaje mu zimowa aura. W końcu ta nazwa to niemal synonim luksusowego kurortu narciarskiego. Teraz jest tu nieco sennie, choć toczą się szeroko zakrojone prace remontowe. Niemniej, kurort jest pięknie położony – na wysokości ponad 1800 m.n.p.m, w dolinie Engadyny, nad jeziorem St. Moritz. Robimy krótki spacer w górę, do nieczynnej w tym sezonie stacji funikularu Chantarella, a potem wokół rzeczonego jeziora. Choć wspinające się po stoku miasteczko wygląda dość malowniczo, to jednak dzisiaj bank rozbiły widoki z okna pociągu!