Wstęp: Jako, że jedna z droższych, planowanych atrakcji – kanion Masca – nie wypaliła, chcieliśmy przekierować środki na inne „szaleństwo” – wjazd kolejką na wulkan Teide. Byłby to idealny przystanek w drodze z północy na południe i prawdziwe – dosłownie – zwieńczenie tego wyjazdu. Niestety, z samego rana dostałam maila informującego, że w dniu dzisiejszym kolejka będzie zamknięta ze względu na warunki pogodowe (wiatr). Cóż, zupełnie nie mamy tutaj szczęścia do płatnych i wymagających wcześniejszej rezerwacji atrakcji…
Cel: Ostatni rzut oka na Teide i trochę ciepła przed powrotem do domu…
Materiały i metody: *Samochód – kompletnie bezproblemowy zwrot auta – spytano tylko o poziom paliwa, nikt auta nawet nie zobaczył – wypożyczalnie CICAR zdecydowanie polecamy. Pokonaliśmy jakieś 630 km, spalając ok. 40l paliwa (cena za benzynę 95 – 1,15-1,17€/l).
Przebieg: Niemniej, lot jest dopiero koło 18, więc mamy większą część dnia do zagospodarowania. Z północy wyspy można dojechać na południe relatywnie szybko autostradą, jednak wybraliśmy trasę wiodącą przez środek – znów zahaczając o Park Narodowy El Teide. W planach było kilka punktów widokowych, jednak widocznie wyczerpaliśmy już limit szczęścia pogodowego, tak hojnie obdarowującego nas błękitnym niebem na szlakach – i przez dłużą część trasy jechaliśmy w chmurach, widząc tylko pierwszą linię kanaryjskich sosen… Dopiero w samym centrum wyłania się majestatyczny, ośnieżony stożek pośród marsjańskiego, surowego, wulkanicznego krajobrazu – ten widok się nie nudzi!
Czasu zostało za dużo, by jechać na lotnisko, za mało, żeby coś konkretnego zrobić – więc zjeżdżamy jeszcze na chwilę na wybrzeże, do jednego z turystycznych kurortów – Los Christianos. Wygląda jak każde takie miejsce w Europie - deptaki, tanie pamiątki, wysokie hotele, kaskadowe apartamentowce. Jedynym aspektem, z którym nie da się kłócić jest pogoda – faktycznie, gdy północ przykryły chmury, i nawet te 300-400 m.n.p.m temperatura ledwie osiągała kilkanaście stopni C, na wybrzeżu było dobrze powyżej 23 i pełne słońce… Jakkolwiek o wiele bardziej podołano nam się w naszym uroczym Tacoronte – tak ciężko było nam zejść z tej plaży, przy wizji rychłego powrotu do zimowej Polski…
Podsumowanie: Krótki wypad na Teneryfę był bardzo udany – wszystkim szukającym aktywnego wypoczynku polecamy tę różnorodną, kanaryjską wyspę! I to mimo, że jest to ponoć jedna z zimniejszych i bardziej deszczowych zim w ostatnich latach – dalej to świetne miejsce by uciec od zimy w naszej części Europy…
Postaram się jeszcze podsumować praktykalia – przy czym pewnie pojawi się to z pewnym opóźnieniem, jako że pełną parą idą przygotowania do kolejnego wyjazdu… Kolejna relacja już pod koniec lutego!