Geoblog.pl    migot    Podróże    Sprawozdanie z podróży na Zakaukazie (2016)    Jeszcze raz Erywań
Zwiń mapę
2016
05
lip

Jeszcze raz Erywań

 
Armenia
Armenia, Yerevan
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 3246 km
 
Wstęp: Był wtorek, więc nic nie powinno przeszkodzić w zaplanowanej na dzisiaj wizycie w Matenadaran, największym repozytorium ormiańskich manuskryptów. No, prawie nic – gdy odbiliśmy się od zamkniętych drzwi monumentalnego gmachu przewertowałam raz jeszcze przewodnik i wtedy właśnie zobaczyłam, że 5 lipca to Dzień Konstytucji (oraz Symboli Narodowych Armenii) – z tej okazji jak widać muzea są zamknięte! O dziwo – tylko muzea, bo wszystkie sklepy, butiki, stragany, bazarki i supermarkety działają w najlepsze…

Cel: W obliczu narodowego święta Armenii dezaktualizują się wszystkie plany zwiedzania miasta – pozostaje nam tylko czekać na nocny pociąg do Batumi…

Materiały i metody: Pociąg Erywań-Batumi (bilet kupiony kilka dni wcześniej) – cena zależy od klasy wagonu i od lokalizacji miejsca, np. te na dole są droższe, na górze tańsze. W pierwszej i drugiej klasie okna się nie otwierają, są przedziały (dla 2 lub 4 osób). Trzecia klasa, „plackarta” – to wagon bezprzedziałowy, większość (ale nie wszystkie) okna się otwierają. Wybraliśmy tę najtańszą wersję, licząc na bardziej „przewiewną atmosferę”. Cena to do 11 500 AMD, ale jako że nam przypadły miejsca od korytarza – było trochę taniej (od 10 000 AMD). Bezpośredni pociąg relacji Erywań – Batumi kursuje tylko w lecie, odjeżdża codziennie o godzinie 15:30.

Przebieg: Wprost niewiarygodne, jakiego mam tu pecha do muzeów… A ze wszystkich chciałam najbardziej zobaczyć to jedno, bo tak pięknie pisał o nim Ryszard Kapuściński w Imperium. Księgi są dla Ormian rzeczą niemal świętą, nośnikiem tradycji. Z religijnym wręcz oddaniem Ormianie tłumaczyli i przepisywali wszystko, co tylko pojawiło się na „rynku”, w tym wszystkich swoich najeźdźców. Te księgi były objęte szczególną opieką, chronione jak najcenniejsze skarby, ukrywane w czasach wojny, wywożone przez diasporę. Przed Matenadaranem siedzi wielki mnich Masztoc - twórca ormiańskiego alfabetu, dumy prastarego narodu. Skonstruował go około roku 400, tuż przed rozbiorem Wielkiej Armenii.
Naród, który nie ma państwa, szuka ocalenia w symbolach. Ochrona symbolu jest dla niego tak ważna jak ochrona granic. Kult symbolu staje się formą kultu ojczyzny. Jest aktem patriotyzmu.
Ryszard Kapuściński, Imperium

***

Z powodu święta nie udaliśmy się także na wzgórze Cicernakaberd, do muzeum i kompleksu pomnikowego poświęconego pamięci ofiar ludobójstwa Ormian z 1915 roku - pierwszego tak ogromnego w skali ludobójstwa w czasach nowożytnych. Choć rozmiarom tragedia ustępuje jedynie Holokaustowi, nie mówi się o niej prawie wcale. Może trochę teraz, w zeszłym roku, w setną rocznicę Mec Jeghern, "Wielkiego Nieszczęścia"…
Turcja, spadkobierczyni odpowiedzialnego za zbrodnię Imperium Osmańskiego, po dziś dzień wypiera się tego sformułowania – według Turków to nie było „ludobójstwo”, trwała wojna – wszyscy ginęli, wszyscy cierpieli. Odmienne zdanie ma przytłaczająca większość historyków, Rada Europy, Podkomisja ONZ ds. Zapobiegania Dyskryminacji i Ochrony Mniejszości, Międzynarodowe Stowarzyszenie Badaczy Ludobójstw czy Światowa Rada Kościołów. Definicja ludobójstwa (za słownikiem PWN) to masowe mordowanie ludzi, mające na celu zniszczenie określonej grupy narodowej, etnicznej, religijnej lub rasowej . Trudno mieć wątpliwości, że to właśnie miało miejsce w trakcie I Wojny Światowej, gdy Młodoturcy, opanowani ideą panturkizmu (kulturowej i politycznej jedności ludów tureckich od Bosforu po Ałtaj), rozwiązali „kwestię Ormiańską” mordując 1,5 miliona etnicznie odmiennych od nich ludzi…

Dlaczego więc Turcja tak uparcie trwa przy swoim? Dlaczego nie przyzna się eksterminacji, aby mogło rozpocząć się trudne pojednanie, otwarcie granic, nawiązanie dialogu, budowanie porozumienia? Wojciech Górecki widzi to tak:
Być może Ankara uznałaby dla świętego spokoju ludobójstwo, ale kto da gwarancję, że na tym się skończy? Że dziesiątki, setki tysięcy Ormian nie zażądają wtedy zadośćuczynienia, że sądów nie zasypie lawina pozwów, przygotowanych przez najlepszych adwokatów Francji i Ameryki? Pozwów, pod których ciężarem załamie się budżet i całe tureckie państwo? Że któregoś dnia ktoś nie poprosi o Kars, a może i Erzurum? I że Turków nie postawią w jednym szeregu z Hitlerem?
Erywań z kolei być może nie nalegałby tak bardzo, gdyby nie diaspora. Ormianie z Armenii od dawna chodzą w dżinsach i kurtkach przywożonych przez Turków całymi kontenerami, uwielbiają Antalyę, coraz częściej odwiedzają Stambuł. W jednym z sondaży połowa była za nawiązaniem stosunków dyplomatycznych bez żadnych warunków wstępnych. Ale granica pozostaje zamknięta (…). – Diaspora musi brać udział w rozmowach – wzrusza ramionami K., erywański politolog. – Oni utrzymują ten kraj: inwestują, pomagają. Nie wolno się z nimi nie liczyć. A w sprawie ludobójstwa są mniej elastyczni od nas.

Wojciech Górecki, Toast za przodków

***

Wygląda na to, że jedyną rzeczą, którą możemy zrobić podczas święta narodowego w Erywaniu to udać się na spore targowisko z pamiątkami, biżuterią, rękodziełem – nieopodal Placu Republiki, między ulicami Aram i Buzand. Trafiliśmy tam przypadkiem pierwszego dnia - ale wtedy tylko przemknęliśmy między stoiskami, mając na uwadze konieczność znalezienia miejsca noclegowego. Nie było czasu przyjrzeć się drobiazgom, ale byłam wszystkim oczarowana! Teraz, gdy wracamy tu po kilku dniach i jest więcej czasu na decyzję – już mnie tak nic nie zachwyca… Wzory się opatrzyły, ładniejsza, bardziej ‘etniczna’ (i tańsza) biżuteria była nad jeziorem Sewan. Nie ma na co wydać całkiem sporej ilości armeńskich dram, które nam jeszcze zostały…

***

Gdy po godzinie nie doczekaliśmy się na zamówiony obiad, mocno już podenerwowana poszłam prosić, by cokolwiek do tej pory udało im się upichcić w tym opustoszałym barze na wolnym powietrzu – zapakowano nam na wynos. Mieliśmy już tylko pół godziny do pociągu do Batumi, a trzeba dojechać na dworzec na drugim końcu miasta (taksówka – 1 000 AMD) i zrobić jakieś zaopatrzenie na podróż trwającą pół dnia i całą noc… Droga jest tak długa bo pociąg jedzie olbrzymim zakolem przy granicy tureckiej, z dwoma postojami po stronie armeńskiej – w Giumri i Wanadzorze. Patrząc na to z perspektywy czasu, może lepiej byłoby dojechać marszrutką do Wanadzoru, i stamtąd rozpocząć podróż – ale cóż, pewne rozwiązania stają się oczywiste dopiero na miejscy, najczęściej po fakcie…

Z dwoma szaszłykami na cztery osoby rozsiedliśmy się w otwartym przedziale wagonu typu „plackarta”, znanego nam już z podróży po Ukrainie. Jest jeszcze kilka minut, możemy zaopatrzyć się w zimne piwo i jakieś przekąski na drogę. Znacznie przyjemniej podróżowałoby się gdyby nasze miejsca były po stronie przepierzenia, które zapewnia minimum prywatności… Na początku tak faktycznie było, ale na pierwszej stacji w Giumri dosiedli się prawowici właściciele siedzeń, i musieliśmy wrócić do naszych miejsc od korytarza, na samym końcu wagonu. Miało to jakieś plusy - było blisko otwartego okna na przy toalecie, co zapewniało minimum przewiewu. Były też jednak minusy – bardzo to uczęszczana trasa, ludzie nieustannie trącali nas w drodze na i z papierosa. Tak, w zakaukaskich pociągach to norma, teoretycznie palić można w przestrzeni między wagonami – ale wszyscy woleli lokalizację przy toalecie, tam jest więcej miejsca, można pogadać, pośmiać się… Szkoda tylko, że wtedy tak zawiewa dymem do wagonu… Ale nic to, na szczęście bursztynowy trunek skutecznie nas znieczula na te podróżne niedogodności…

Ciekawie zrobiło się na granicy. Gdzieś koło 21:00 do pociągu wkroczyli celnicy armeńscy, mieli przenośne „skanery” paszportów i pieczątki w dłoni – wyjazd z Armenii był bezproblemowy. Po jakiejś godzinie gruzińscy celnicy zabrali nam paszporty, rozdano również żółte kartki z deklaracją celną przed wjazdem do Gruzji – niektóre punkt były dość podchwytliwe, np. o przewożone lekarstwa - jasne, mam jakiś Ibuprom, Aspirynę – ale czy to wpisywać, czy lepiej pominąć ten fakt by nie narażać się na dodatkowe pytania? A potem zaczęły się kontrole… Patrzyłyśmy w głąb wagonu (Michał wszystko przespał), jak drobiazgowo przeszukują innych pasażerów. Otwieranie wszystkich toreb, walizek, siatek. Macanie, wyciąganie ubrań, kosmetyczek, szkatułek, puszek, obwąchiwanie („To kawa, proszę powąchać – to kawa!”), przepytywanie – tylko tyle bagażu? Jedna torba? Gdzie reszta? Już zrezygnowana szykowałam się by wytargać spod siedzenia plecak, jednak celnicy nawet na nas nie spojrzeli. Minęli naszą grupkę jak powietrze, nie sięgnęli po żółtą kartkę. Czy to magia unijnych paszportów? Czy polscy turyści po prostu nie interesują gruzińskich władz?
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (12)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (1)
DODAJ KOMENTARZ
marianka
marianka - 2016-07-27 09:36
Ciekawa ocena trudności przy ponownym nawiązaniu kontaktów armeńsko-tureckich. Nie wiedziałam o tym, że zdanie diaspory jest tak silne.
 
 
migot
Magdalena M
zwiedziła 15.5% świata (31 państw)
Zasoby: 287 wpisów287 596 komentarzy596 5192 zdjęcia5192 1 plik multimedialny1