Wstęp: Ostatnie trekkingi tego wyjazdu planujemy w
Dolomitach - spektakularnym pasmie górskim leżącym w północno-wschodnich Włoszech, na granicy Wenecja Euganejskiej i Tyrolu Południowego. Wracamy również do nocowania pod namiotem, co okazało się być pewnym wyzwaniem na campingu w Val di Zoldo, na 1500 m.n.p.m. Noce były bardzo zimne, wrażenie potęgowała (zwłaszcza na początku) dotkliwa wilgoć. Niechybnie przypomina mi się
Yosemite … Po pierwszej nocy zaczęliśmy przed spaniem rozgrzewać się gorącym prysznicem i ubierać na siebie wszystkie możliwe warstwy ubrania. Kolejne upłynęły w nieco większym komforcie termicznym, ale szczerze mówiąc - chyba nam na dłuższą chwilę starczy tego campingowania – to zdecydowanie lepiej sprawdza się w miejscach ciepłych i suchych…
Cel: Dwa znane szlaki w Dolomitach.
Materiały i metody: *Nocleg: Camping Palafavera – 99 EUR/3 noce (namiot + 2 osoby). Pod kątem planowanych szlaków lepiej byłoby znaleźć co dalej na północ, może w okolicach Cortiny – ale wszystkie sprawdzane przeze mnie campingi nie przyjmowały namiotowych rezerwacji, a weekend w sierpniowym sezonie urlopowym Włochów nie był czasem, kiedy chciałam ryzykować szukanie wieczorem jakiegoś wolnego miejsca…
*Gondola z przełęczy Pordoi do Sass Pordoi (RT): 32 EUR. Jeden z parkingów blisko stacji kolejki jest darmowy, choć szybko się zapełnia.
*Parking koło Rifugio Auronzo: 40 EUR. Główny minus (poza ceną…) – trzeba go rezerwować z dużym wyprzedzeniem, w przecież nie wiadomo, jaka będzie danego dnia pogoda… Alternatywa to polowanie na tańsze parkingi w miejscowości Misurina i łapanie autobusu (choć po zsumowaniu tańszych parkingów i autobusu w dwie strony dla 2 osób –Auronzo wychodzi taniej), lub liczenie na kilka darmowych miejsc w okolicy – gdzie już o 6 rano jest pełno…
Przebieg: Wszystkie te niedogodności znosimy jednak po to, by (w ekonomicznym wydaniu) cieszyć się tym wyjątkowym zakątkiem Alp, wpisanym zresztą – a jakże- na listę UNESCO. I faktycznie – są to góry dość szczególne, wyraźnie różniące się od wysokich partii Alp Zachodnich znanych nam ze Szwajcarii. Tamte tworzą głównie twarde skały krystaliczne – granity i gnejsy, a ich strzeliste stoki i głębokie doliny rzeźbiły lodowce. Dolomity są tworzone w dużej mierze przez minerał, od którego biorą swoją nazwę – dolomit. To węglanowe skały powstałe z morskich wapieni, przeobrażone przez bogatą w magnez wodę (atomy magnezu zastąpiły część atomów wapnia). Jasna skała pęka w charakterystyczny sposób, tworząc pionowe ściany, iglice i baszty. Często nie tworzą długich łańcuchów przecinanych pociągłymi dolinami – tylko odosobnione grupy skalne, wyrastające z leśnych stoków, lub łagodnych, soczysto-zielonych hal. Dolomit jest kruchy, a proces erozji postępuje – u podnóża każdej większej grupy skalnej obsypują się charakterystyczne stoki miałkiego materiału. Szlaki trekkingowe też są usypane z tych kamieni – większych, obsuwających się pod butami, i mniejszych, jak ubity żwir. Pojedyncze, białe kamienie leżą rozsypane na zielonych łąkach – turyści uwielbiają układać z nich napisy i obrazki…
*
Pierwszego dnia planujemy trekking na trzytysięcznik
Piz Boè, wieńczący malowniczy masyw
Sella - o stromych, pionowych zboczach i charakterystycznym wypłaszczeniu na górze. Sam dojazd z naszego cmapingu, choć to jakieś 40km, zajmuje godzinę – wszędzie trzeba przedzierać się przez kolejne serpentyny i przełęcze. Na miejscu, po ciężkiej, pół-przesypanej nocy ułatwiamy sobie zadanie korzystając z kolejki linowej, która z przełęczy Passo Pordoi (2239 m) wjeżdża na szczyt Sass Pordoi (2950 m), z którego ruszamy niemal księżycowym płaskowyżem, najpierw schodząc nieco niżej, by ostatecznie wspiąć się na 3152 m.n.p.m – dając dalej jakieś 450 metrów przewyższenia w jedną stronę. Chyba czuć już tą wysokość, bo jednak ciężej nam się te kroki stawia niż zwykle, zaś przy zejściu z każdym krokiem łatwiej się maszeruje. Na niebie chmury walczą z błękitem, skutkując zjawiskowo dramatycznym krajobrazem. Pięknie!
*
Drugiego dnia ruszamy na bodaj najbardziej znany szlak całych Dolomitów – pętlę wokół
Tre Cime di Lavaredo, masywu trzech ikonicznych szczytów. Niby do punktu startowego mamy tylko jakieś 60 km, ale GPS pokazuje 1h 45min - i się nie myli… Droga wiedzie przez milion serpentyn i Cortinę d’Ampezzo - snobistyczny ośrodek sportów zimowych i modny letni kurort, który gościł kilka zimowych mistrzostw olimpijskich (w tym był współorganizatorem tegorocznej Olimpiady) i szereg międzynarodowych konkursów narciarskich.
Niestety, tego dnia pogoda nie jest zbyt łaskawa. Jednocześnie - zmiana planów nie była zbyt możliwa... Po pierwsze, był to nasz ostatni dzień we Włoszech, kolejnego dnia zaczynamy powrót w stronę Polski. Po drugie - od kilku tygodni mamy na ten właśnie dzień zarezerwowany parking przy wejściu na szlak. Miejsce zrobiło się tak popularne, że w tym roku w sezonie wprowadzono obowiązkowe rezerwacje, których terminy znikają z wielotygodniowym wyprzedzeniem… Gdy zaparkowaliśmy samochód i wszystko dookoła spowiła nisko zawieszona chmura zupełnie nie było mi do śmiechu… Chwilę posiedzieliśmy w schronisku, a później bez przekonania ruszyliśmy na szlak. Pętla ma niecałe 9km, i niewielkie przewyższenia – ot, miał to być prosty, widokowy spacer. Z początku nie było jednak widać niczego, z czasem fragmenty okolicznych dolin, szczytów i gór zaczęły wyłaniać się zza chmur. Samo Tre Cime dalej było nimi spowite. Wiało jednak z południa na północ, a masyw zatrzymywał chmury – więc gdy częściowo go okrążyliśmy, ukazała nam się rozległa panorama, a nawet, do pewnego stopnia – same słynne szczyty. Nie były to może te pocztówkowe krajobrazy na które liczyłam, ale nie było też tak źle, jak się z początku zapowiadało… Nie wiem jednak, czy wśród tylu pięknych szlaków Dolomitów zasługuje na swoją sławę – ale być może przy lepszej pogodzie jest w stanie skraść serce…
W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze krótko na przełęczy
Giau - oferujące piękne panoramy w popołudniowym, ciepłym słońcu. Tak, Dolomity są piękne – niewątpliwie. Choć może za zaprawą nieco gorszej pogody, może pewnego już ogólnego, narastającego zmęczenia lub przepełnienia górskimi widokami nasz zachwyt jest nieco przytłumiony. Możliwe, że musimy tu kiedyś wrócić, wynająć jakiś zadaszony i ogrzewany apartamencik, i z czystą głową - gotową chłonąc te widoki, - ruszając spokojnie na mniej znane szlaki – skoro te najbardziej topowe z listy „must-see” mamy już niejako „odhaczone”…