Tego dnia został nam już tylko powrót do domu – burek na drogę, taksówka, i ze sporym zapasem czasu trafiamy na niewielkie lotnisko Ochrydy. Teraz jest okazja lepiej się mu przyjrzeć – widać, że szykują się tu na wzmożenie ruchu turystycznego związane z ekspansją tanich przewoźników. Przy czym „szykują” jest tu określeniem kluczowym. Widać zaawansowaną przebudowę terminala: dobudowywanie toalet, poszerzanie budynków – świeże regipsy i dyndające kable ze ścian… Na całym lotnisku nie widziałam ani jednej tablicy odlotów - a takowa była nawet w dżungli Borneo przy trzech lotach dziennie. Nie przyjmują kart pokładowych na telefonach, więc każdy musi podejść do stanowiska check-in po wydruk. Jest jeden skaner przy kontroli bezpieczeństwa i ze trzy okienka odprawy paszportowej – co gdy zbiegną się ze trzy loty w podobnym czasie skutkuje wielkimi kolejkami. Przy boardingu przez jedną z dwóch istniejących bramek nawet nie wyświetliła się informacja, na jaki lot… W tym całym chaosie przynajmniej nie patrzą kompletnie na rozmiar bagażu podręcznego;)
Podsumowując ten bardzo klasycznie „wakacyjny” wyjazd – Macedonię można polecić z ręką na sercu. Jest wciąż tania, jedzenie smaczne, jezioro Ochrydzkie piękne, a okoliczne góry – gdyby mieć samochód by dostać się do szlaków – z pewnością wspaniałe dla piechurów. I taką jej odsłonę mam zresztą nadzieję kiedyś jeszcze zobaczyć. Wróżę kierunkowi sukces i taki zalew Polaków jaki spotkał m.in. Maltę i Maderę…