Wstęp: W końcu przychodzi czas by opisać miasto będące początkiem i końcem naszej przygody. Miałam wrażenie, że krążyłyśmy tymi samymi uliczkami bez końca, jednocześnie wciąż trafiając na wcześniej niesprawdzone odnogi. A była to przyjemność: stawiać kolejne kroki po wygładzonych przez wieki kamieniach wąskich uliczek; kryć się przed słońcem pod wykuszami piętrowych domów, których białe, tynkowane ściany kontrastują z ciemnym drewnianym szkieletem. Odkrywać jak przeplatają się tu antyk, Bizancjum i kupieckie tradycje XIX wieku. Patrzeć, jak w wodach jeziora co chwilę nurkują kormorany, w mieście zaś rządzą jaskółki…
Cel: Miasto pereł, i perłę w macedońskiej koronie – UNESCOwa
Ochryda.
Materiały i metody: *Nocleg: 1 noc, 2 osoby - District&Villa De Lago, Car Samoil 11: 39 EUR.
*Jedzenie: Dobre jedzenie na starym mieście (płatność tylko gotówką!) – Viva Ksantika kaj Tanja.
*Waluta: Denar macedoński, MKD. 1 EUR +- 60 MKD; 100 MKD – 7 PLN.
Przebieg: Ochrydę zbudowano na miejscu kolejnych starożytnych osad leżących na szlaku łączącym się z
Via Egnatia. Najwyraźniejszą pamiątką tych czasów jest starożytny teatr z okresu hellenistycznego, kiedy miasto -wówczas znane jako Lychnidos - należało do Królestwa Macedonii. Potem miejsce stało się wczesnym przysiółkiem bałkańskiego chrześcijaństwa, w którym kilka stuleci później o rząd dusz ścierały się schizmatyczne władze Rzymu i Konstantynopola. Według lokalnej tradycji miało tu niegdyś być 365 kościołków – jeden na każdy dzień roku. Do dziś zachowało się tylko kilkanaście, część ze wspaniałymi freskami – na przykład w
cerkwi św. Zofii. To w Ochrydzie pod koniec IX wieku działał św. Klemens, uczeń Cyryla i Metodego, założyciela Ochrydzkiej Szkoły Piśmienniczej. W miejscu, gdzie dziś stoi zrekonstruowana cerkiew św. Pantelejmona, prawdopodobnie funkcjonowała szkoła o charakterze zbliżonym do średniowiecznego uniwersytetu. Na przełomie mileniów miasto urosło do rangi stolicy państwa cara Samuela (kontynuacji późnego Pierwszego Carstwa Bułgarskiego) – wciąż królują nad nim ruiny jego twierdzy. Prosperity trwało nieco ponad 25 lat, w końcu ulegając Bizancjum. Miasto utraciło znaczenie polityczne, zachowując jednak rangę ważnego ośrodka religijnego – choć i to marniało pod późniejszym panowaniem osmańskim. W XVIII i XIX wieku Ochryda zasłynęła z rzemiosła – zwłaszcza wyrobów ze srebra, snycerki i charakterystycznych ochrydzkich pereł – sprytnych imitacji z muszli z Jezioro Ochrydzkiego pokrytych specjalną emulsją z łusek endemicznej ryby. Po tym dawnym, kupieckim bogactwie pozostały okazałe domy, z których najsłynniejszy jest ten rodziny Robevów – dziś muzeum, w którym można zobaczyć, jak żyli bogaci i wpływowi owych czasów. Schyłek imperium przyniósł gospodarczy zastój i narastające napięcia narodowościowe, zakończone wojnami bałkańskimi. Po 1913 roku Ochryda znalazła się w granicach Serbii, później Jugosławii – aż do jej rozpadu i powstania państwa, które dziś nazywamy Macedonią Północną (a kwestia nazwy nie jest tu trywialna – o czym pisałam w poprzednim wpisie).
*
Do najsłynniejszego punktu widokowego Ochrydy, a chyba nawet całej Macedonii – na XIV-wieczną
cerkiew św. Jana w Kaneo - trafiamy wielokrotnie. Raz późnym popołudniem, gdy oświetlały go ostatnie promienie znikającego za wzgórzem słońca - można gonić je spacerując nadbrzeżną ścieżką hen na zachód. Byłyśmy tu też o poranku, gdy słońce oświetla drugi profil cerkiewki, a strzeliste cyprysy wybijają się na tle ciemnego granatu jeziora. Byłyśmy też w środku dnia, bo u stóp kościoła, obok niewielkiej kapliczki św. Petki, można zejść z pomostu, wypłynąć w głąb jeziora, i wymijając turystyczne motorówki, SUPy i kajaki oglądać ją z perspektywy wody.
*
Wieczorem, bardziej z przypadku niż według planu, trafiamy na niewielki festiwal tańca. Takich imprez jest w lecie w Ochrydzie wiele – odbywa się tu m.in. Letni Festiwal Teatralny „Lato Ochrydzkie” (lipiec–sierpień), Festiwal Folkloru Bałkańskiego (czerwiec) oraz Festiwal Bałkańskiej Muzyki Ludowej (sierpień). Na tancerkach ożywają stroje, które chwilę wcześniej widziałyśmy na muzealnej wystawie. Trafiamy nie tylko na występy macedońskie i bułgarskie, ale też na osobną, dziecięcą grupę rodowitych Ochrydzianek. Wszystko, o ile mało profesjonalne, tak jest dość urocze, zwłaszcza gdy dziewczynki za kulisami pomagają sobie nawzajem przy malowaniu ust szminkami, a potem podbiegają po lody do zgromadzonych wokół członków swoich rodzin, których było więcej niż samych turystów. Tak więc ożywa cząstka tradycji nad brzegami Ochrydzkiego Jeziora…
Koniec końców - Ochryda jest trochę jak połączenie Krymu (sprzed rosyjskiej inwazji), włoskiego jeziora Como (tylko z dużo lepszymi cenami) i Zakopanego (na dobre i na złe)… Gdyby te loty były z Krakowa a nie Katowic, to mogłabym tu wpadać na weekend!