CD.
Materiały i metody: *Jedzenie: Centrum (okolice centrum kongresowego): Cochon i Cochon Butcher (nieco drożej) – 930 Tchoupitoulas St. | Północ miasta, słynne kanapki: Po Boy i owoce morza – R & O Restaurant and Catering, 216 Metairie-Hammond Hwy| Midtown: Mandina's Restaurant, kuchnia kreolska (głównie owoce morza i ryby), olbrzymie porcje (warto podzielić się na pół) - 3800 Canal St. | Dzielnica Francuska, kawiarnie z
beignet - np. Cafe Beignet (sieć) i Cafe du Monde (French Market, blisko nabrzeża).
*Koncerty: Jest sporo barów i miejsc koncertowych (aktualny katalog eventów na stronie nowoorleańskiego radia -
WWOZ). Droższe miejsca w centrum i Uptown – biletowany wstęp + często obowiązkowa konsumpcja (np. min. 1-2 drinki), łącznie od ok. 50$. | Mniejsze bary w Dzielnicy Francuskiej - na Bourbon st. i (lepiej!) Frenchmen st. – wstęp darmowy z konsumpcją (np. 1 drink na set), lub/i
cover charge za wejście – 5-20$ w zależności od „rangi” zespołu. | Bary w lokalnych dzielnicach, np. Treme i 7th Ward – darmowe lub, przy lepszym zespole, z
cover charge (do 20$) – które zdają się płacić tylko turyści, którzy zbłądzili tak daleko od Dzielnicy Francuskiej… Okolica części takich tych barów może być szemrana, zwłaszcza nocą – więc lepiej uważać.
Przebieg: Ale zwiedzanie dzielnic to tylko część wizyty w Nowym Orleanie. Nie przez przypadek mottem miasta jest
Laissez les bons temps rouler - które jest stylizowaną na cajuński francuski kalką językową angielskiego wyrażenia „Let the good times roll" – co można by przetłumaczyć jako „Bawmy się!” lub „Niech trwają dobre czasy!”. A co bardziej potrzeba do dobrej zabawy niż dobrego jedzenia i muzyki? Jednego i drugiego w Nowym Orleanie nie brakuje…
Słynna jest zupa/gulasz
gumbo, zagęszczano okrą, zasmażką lub
filé (przyprawą ze zmielonej kory drzewa sasafras), dania z rakami, sumami, krabami, kiełbaską andouille, kanapki
Po Boy - najlepiej z mięsem w zawiesistym sosie, a na deser lub śniadanie -
beignet czyli przypominające pączki smażone kawałki ciasta obsypane sowicie cukrem pudrem.
Muzyka znajdzie nas na każdym rogu – od ulicznych grajków po koncerty jazzowe w mniej lub bardziej eleganckich klubach. Szukając mniej turystycznych doświadczeń udałyśmy się do
Treme, obszaru na północ od Dzielnicy Francuskiej – do
Kermit’s Mother in Law Lounge. Nie było jeszcze późno (choć ciemno) - a już okolica zdawała się mocno podejrzana – przy odstraszającej estakadzie, z bezdomnymi i/lub naćpane osobami snującymi się w pobliżu… Tego dnia nie było tam koncertów – choć spotkałyśmy właściciela, jedną z jazzowych legend Nowego Orleanu –Kermita Ruffins’a. Jechał na koncert w innej części miasta (z tych płatnych, i to droższych) na gościnne występy… Miejsce wyglądało jak kiepska melina, byłyśmy jedynymi turystkami w okolicy (i jedynymi białymi w okolicy). Po chwili pojawiła się trzyosobowa rodzinka równie zdezorientowanych turystów (populacja białych na ulicy podwoiła się…). Nie było tam czego szukać - ewakuowałyśmy się więc UBERem do znacznie bardziej przyjaznej turystom
Frenchmen Street - tam jazz słychać w każdym barze, niewielkie grupki uliczne dają jeszcze lepszy popis dęciaków na głównym skrzyżowaniu, turyści beztrosko hasają po ulicach. Cóż, Nowy Orlean to nie tylko kolorowe domki i zdobne balkony – miasto ma swoją dozę problemów, w tym przemocy, uzależnień i strukturalnej biedy. Czasem turyście lepiej będzie w turystycznym środowisku - choć wieczorem radzę omijać samą Burbon street (przynajmniej jej pierwszy odcinek biegnący od Canal st.). Tam kakofonia mieszających się setów jazzowych z disco, techno i czym tam jeszcze, z domieszką turystów nastawionych głównie na konsumpcję środków wyskokowych jest tylko męcząca…
Nie porzuciłyśmy jednak zupełnie pomysłu mniej turystycznego doświadczenia muzycznego. Inspirowana mocno serialem
Treme*, kolejnego dnia skierowałam naszą wycieczkę do
Bullet Sports Bar - lokalnej instytucji barowej. Położony w dzielnicy 7th Ward. Tutaj okolica była również mocno nieturystyczna, ale zdecydowanie mniej odpychająca niż nasza poprzednia przygoda. Tego dnia zresztą grał tam Kermit Ruffins z zespołem i gościnnie Irvinem Mayfieldem (inną, lokalną gwiazdą, na której koncie jest Grammy i zarzuty defraudacji publicznych pieniędzy – klasyczny Nowy Orlean). Koncert miała charakter dość wyluzowany, gdzieś między próbą a jam session. Kermit kończył jednego Bud Lighta za drugim, opowiadał więcej żartów niż grał na trąbce, wpadali co chwilę znajomi – zaczynali rapować do improwizowanego akompaniamentu, ewidentnie zaprzyjaźniona z artystami publiczność korzystała z okazji, by zwyczajnie, po sąsiedzku się zabawić. Skazany wcześniej na gitarę Irvin dał w końcu świetne solo na trąbce. A wszystko to za 20$ (których zdecydowanie nie płacił żaden z lokalnych gości – ale może tak powinno być…). Niestety, gdy set dobiegał końca, muzyk krający na basie zasłabł i osunął się na krześle – wołanie karetki to był nasz sygnał, by usunąć się z horyzontu zdarzeń… Mamy nadzieję, że ma się dobrze i dalej cały zespół będzie tak wspaniale chaotycznie bawić przyjaciół, znajomych, i okazjonalnych turystów…
*
I pomyśleć, że właśnie to miasto, które zdaje się najpełniej cieszyć życiem w całych Stanach, nawiedziła jedna z największych i najdroższych katastrof naturalnych USA - wystawiając na próbę ducha mieszkańców miasta. W zeszłym roku obchodziliśmy okrągłą, 20 rocznicę uderzenia
huraganu Katrina** - wydarzenia, które większość z nas pamięta z mediów i dla wielu definiuje Nowy Orlean na równi z jazzem i słynnym karnawałem. 80% miasta znalazło się pod wodą i szacunkowo milion mieszkańców musiało czasowo opuścić swoje domy. Jednocześnie, rozmiar tej tragedii nie wiązał się bezpośrednio z ponadprzeciętną siłą niszczycielskiego żywiołu - nie był to największy huragan w historii, w momencie uderzenia w Nowy Orlean zelżała do kategorii 3 (w pięcio-stopniowej skali). Zresztą, tuż po uderzeniu huraganu zdawało się, że miasto uniknęło najgorszego – woda nie przelała się przez wały, ścisłe centrum było bezpieczne. Jednak ostatecznie wały nie wytrzymały napięcia – przerwały w ponad 50 miejscach, szybko zalewając kolejne dzielnice – co stało się jasne dopiero pokontrolnych przelotach helikopterem nad miastem. Zapanował medialnych chaos i podszyta systemowym rasizmem dezinformacja, błędnie sugerująca całkowite pogrążenie miasta w bezprawiu, szabrownictwie i przemocy. Odpowiedź służb była nie tylko spóźniona, nieadekwatna i nieskoordynowana, ale też bardziej skupiona na „utrzymaniu porządku” niż niesieniu faktycznej pomocy. Jedne z bardziej dramatycznych scen toczyły się na stadionie Superdome – miejscu „ostatniego schronienia” dla mieszkańców miasta, którzy nie zdążyli się ewakuować. Ponad 10 tysięcy osób trzymanych kilka dni bez dostatecznej ilości jedzenia i wody, bez sprawnych toalet, w upale, z cieknącym dachem, i wszystko pod bronią – nikomu nie pozwalano opuszczać tego miejsca… Katrina uwidoczniła trwałe podziały klasowe, rasizm służb i raportujących sytuację mediów, i stała się symbolem nieudolnego działania władz wszystkich szczebli (lokalnego, stanowego, federalnego). Skutki są odczuwalne po dziś dzień. Trwale zmieniła się tkanka miejska. Z jednej strony miasto się wyludniło – dzisiaj jego populacja wynosi dopiero 80% tej sprzed Katriny. Z drugiej - zmieniła się demografia – miasto stało się bardziej… białe. Ten nieoczywisty skutek ma dwojakie źródła – po pierwsze, wypłaty ubezpieczeń nieruchomości z biedniejszych (zwykle czarnych) dzielnic nie starczały na odbudowę domów (wartość nieruchomości wyceniona niżej niż materiały potrzebne do jej budowy…). Ich mieszkańcy opuszczali więc miasto na stałe, a za nimi ruszyła też część , czarnej klasy średniej, której biznesy traciły klientelę. Po drugie, odbudowa części dzielnic napędziła gentryfikację, przyciągając nowych, majętniejszych, i jakoś tak się składa, że często bielszych mieszkańców.
Poziom nieprzygotowania był o tyle zaskakujący, że od dawna wiadomo było, że coś podobnego może się wydarzyć – potencjalny huragan niszczący Nowy Orlean był na przełomie mileniów zidentyfikowany jako jedno z trzech najpoważniejszych scenariuszy katastrof w USA (obok ataku terrorystyczne na Nowy Jork i wielkie trzęsienia ziemi w San Francisco…). Nowy Orlean jest szczególnie podatny na zalanie, bo jakieś 50% jego powierzchni leży poniżej poziomu morza. Wraz z rozrostem miasta i degradacją chroniących wybrzeże bagien i lasów, stał się jeszcze bardziej zagrożony. Huragany nawiedzają Nowy Orlean regularnie – jeden z najbardziej niszczycielskich, Betsy, uderzył w miasto równo 40 lat przed Katriną – w 1965 roku… Czy w dobie zmian klimatu i coraz bardziej gwałtownych zjawisk atmosferycznych ten straszny scenariusz się powtórzy? Mam szczerą nadzieję, że nie; że miasto będzie lepiej przygotowane. Bo świat byłby gorszym miejscem bez Nowego Orleanu…
*
Na długo przed huraganem Nowy Orlean pod niemal każdym względem okazywał się najgorszym miastem w Stanach Zjednoczonych - skupiskiem najgłębszej nędzy, miejscem z największa liczbą morderstw, najsłabszych szkół, najgorszej gospodarki, najbardziej skorumpowanych i brutalnych policjantów. Sondaż przeprowadzony na kilka tygodni przed huraganem wykazał jednak, że większość nowoorleańczyków, niezależnie od wieku, rasy czy statusu majątkowego, była „bardzo zadowolona” ze swojego życia w odróżnieniu od mieszkańców jakiegokolwiek innego amerykańskiego miasta.Dziewięć twarzy Nowego Orleanu, Dan Baum
I nawet w trakcie tak krótkiego pobytu mogłyśmy zobaczyć obie te strony miasta. Gdy kolejnego dnia wynajmowałyśmy auto (na wycieczkę po okolicznych atrakcjach, o czym będę jeszcze pisać) – pracownicy nie stawili się na czas otwarcia biura Hertz. Miałyśmy jeden wstęp wykupiony na konkretną godzinę, czas naglił – pracownicy, gdy w końcu się pojawili, zupełnie się nie spieszyli. Później obsługa była opieszała, znudzona, a auto które dostałyśmy wyjątkowo brudne… Jednocześnie nigdzie nie doświadczyłyśmy tylu aktów bezinteresownej sympatii. A to radzą gdzie iść i co zjeść, gdy stoi się nieco bezradnym na ulicy. Gdy fotografowałam balkony Dzielnicy Francuskiej przejeżdżająca młoda kobieta zatrzymała się tylko po to, by powiedzieć mi że wyglądam uroczo. Jeden z taksówkarzy, gdy usłyszał, że jesteśmy aż z Polski, kazał nam sięgnąć do worka w bagażniku w którym trzyma kokosy otrzymane z platform krewe Zulu w trakcie ostatniego Mardi Gras – przecież musimy mieć to na pamiątkę! I jeszcze zdążył nam opowiedzieć kawał historii swojego życia, w tym traumatyczne doświadczenia z Superdome w trakcie Katriny…
Niewiele miast na świecie ma tak unikalny i złożony charakter jak Nowy Orlean – nasz czas był tu zdecydowanie za krótki, i mam szczerą nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi tu dane wrócić!
-------
*Dostępny na HBO, doskonale wprowadza w niuanse i oddaje klimat Nowego Orleanu. Oprócz aktorów grają tam siebie liczni muzycy nowoorleańscy – polecam każdemu zainteresowanemu miastem!
**Dla zainteresowanych – bardzo polecam odcinek Podkastu Amerykańskiego na ten temat! A obowiązkowo jako wstęp przed serialem Treme, którego akcja zaczyna się 3 miesiące po huraganie.