Wstęp: Jako, że nie mogliśmy zrealizować pierwotnego planu związanego z kanionem Masca, przeszliśmy do kolejnego punktu programu – miejsca, którego nie sposób pominąć odwiedzając Teneryfę – sterczącego w samym jej centrum stratowulkanu
Teide - najwyższego szczytu Hiszpanii (3718 m.n.p.m.), chronionego parkiem narodowym i docenionego wpisem na listę UNESCO.
Cel: Trekking z widokiem na Teide.
Materiały i metody: Wstęp do parku jest darmowy, jednak w tym momencie wszystkie szlaki prowadzące na szczyt wulkanu są objęte obowiązkowymi permitami… Rezerwacji – z maksymalnie miesięcznym wyprzedzeniem (permity pojawiają się o 7:00 rano czasu lokalnego w poniedziałki – na cały tydzień) na stronie
Tenerife On. Alternatywa to kolejka linowa (która zawiezie nas wysoko, choć nie na sam szczyt) – i do tego tematu jeszcze powrócimy… W okolicy jest jednak wiele szlaków z widokiem na Teide, których nie trzeba rezerwować, jedyny problem, z jakim będziemy się mierzyć, jeśli przyjedziemy samochodem – to znalezienie miejsca parkingowego…
Przebieg: Błękitne niebo i kilkanaście stopni na plusie towarzyszą nam od samego rana, choć stopni nieubłaganie ubywa, gdy wspinamy się coraz wyżej nad poziom morza (ostatecznie spadając do jakichś 8C). Krajobraz szybko dominują kanaryjskie sosny – lokalna duma wśród iglaków. Mają to być najwyższe drzewa natywne Hiszpanii – kolejny rekord, po najwyższej górze… Aby dostać się do marsjańskiego serca wyspy kręcimy serpentynami na ponad 2 kilometry powyżej poziomu morza, mijając po drodze więcej zapalonych szosowych kolarzy niż samochodów… Jednak im bliżej celu, tym bardziej ruch samochodowy gęstnieje, a niewielkie punkty widokowe i parkingi zaczynają pękać w szwach. Jeśli tak jest teraz, nie chcę wiedzieć co dzieje się w szczycie wakacyjnego sezonu…
Za cel obraliśmy popularną pętlę
Roques de García (PNT 03) – jednak o parkingu w pobliżu można było zapomnieć. Ostatecznie więc wcisnęliśmy auto przy punkcie widokowym
Ucanca, skąd wiedzie płaski szlak łączący się z PNT 03. Doszło kilka wietrznych kilometrów – ale to wyszło tej trasie tylko na dobre. Nie dziwi zupełnie popularność tej okolicy - uroda wulkanicznego krajobrazu jest niezaprzeczalna. W tle majaczy ośnieżony szczyt Teide, przed nami wulkaniczna równina starej kaldery –
Las Cañadas, upstrzona fantazyjnymi, szaro-brunatno-czerwonymi formacjami skalnymi z bazaltu i pumeksu. Uwagę zwraca Roque de La Catedral – dawny czop zastygłej magmy wulkanicznego komina, któremu zerodował wulkaniczny stożek. Całość trasy zajęła nam jakieś 2,5h – po których przyszedł czas na radykalną zmianę scenerii.
*
Po szybkiej zmianie garderoby meldujemy się na niewielkiej, popularnej wśród windserfurów (oraz, jak się miało okazać, w jej dalszym odcinku – nudystów) plaży
la Tejita - sąsiadce zapełnionej kite’ami El Medano. Stawiając czoła silnym wiatrom, ubrani w kurtki, polary i długie spodnie, patrzymy z niedowierzaniem na ludzi w strojach kąpielowych… Pomijając wiatr i standardową temperaturę Oceanu Atlantyckiego, doniesienia o jakości wód w okolicy nie zachęcają do kąpieli – ledwie kilka dni temu czytałam, że wiele miast Teneryfy nie ma systemów oczyszczania i spuszcza swoje ścieki wprost do oceanu (w tym „nasze”, leżące kilka kilometrów wyżej San Isidro…). Tutaj też bardziej rzuca się w oczy coraz łapczywiej zagarniających każdy wolny skrawek wybrzeża chaos nowych osiedli i rozległe place budowy z całym towarzyszącym im szpetnym, robotniczym bajzlem. Protesty mieszkańców wysp skierowane przeciw masowej turystyce zupełnie nie dziwią…