Wstęp: W wypadku podróży na zachód jet-lag ma całkiem pozytywny wpływ na zwiedzanie - mimo wybitnie męczącej podróży, kolejnego dnia wstajemy całkiem rześkie, i chwile po 8 rano czasu lokalnego ruszamy „w miasto”. Piękne, błękitne niebo, uliczki dopiero co budzą się do życia, nie ma jeszcze ani upału, ani tłumów turystów, ani naganiaczy zachęcających do wszelkich turystycznych atrakcji…
Cel: Hawana – głównie dzielnica
Havana Vieja, rzut oka na
Havana Centro i
Vedado.
Materiały i metody: *Wymiany pieniędzy można dokonać w oficjalnych punktach CAECA.
1 CUC (peso wymienialne) = 1.08 EUR =
+/- 4 PLN.
1 CUC = 24 CUP - peso kubańskie,
moneda national, 1 PLN = +/- 6,25 CUP.
*Karty pozwalające na korzystanie z Internetu kupuje się w punktach ETCSA, przy zakupie konieczny paszport. Karty są na 1 lub 5 godzin korzystania z Internetu, jedna osoba może kupić do 3 kart danego rodzaju. 1h = 1 CUC.
*Jedzenie: ropa vieja w Van Van – 9,50 CUC. Kolacja to lokalny fast-food, uliczna pizza i kanapka na ciepło z serem i omletem – po 15 CUP.
Przebieg: Hawana ma wyjątkowy urok – choć jest to ten szczególny rodzaj czaru, którym charakteryzują się ruiny. Na pewno nie każdemu przypadnie ona do gustu tak bardzo jak nam, chociaż chyba każdemu zadziała na wyobraźnię - w czasach świetności musiała być jednym z najpiękniejszych miast Zachodniej półkuli. Najstarsza część, w pobliżu portu -
Havana Vieja - pełna jest dosłownie rozpadających się kamienic, z wielu zostały już tylko fasady. Dziurawe ulice, plątaniny kabli, odrapane mury zdobione czarnym liszajem. Dla wielu budynków to już ostatni dzwonek, by jeszcze je uratować przed zawaleniem – i faktycznie, co krok toczą się zaawansowane prace remontowe. To dobrze, chociaż gdy Stara Hawana zmieni się pewnego dnia w pełni odrestaurowaną perełkę – część jej unikalnego charakteru przepadnie.
***
Zwiedzanie zwiedzaniem, ale najpierw rzeczy najważniejsze.
Po pierwsze -
pieniądze.
Na Kubie funkcjonują dwie waluty, z czego turyści z założenia powinni posługiwać się
CUC - peso wymienialnym. Wprowadzona w 2004 roku waluta, o kursie powiązanym z dolarem mniej więcej 1:1. CUC zastąpiło amerykańskie dolary, i inne zagraniczne waluty, które zalały wyspę po upadku ZSRR. Kuba mocno polegała na pomocy bratniej, socjalistycznej potęgi – której upadek zdestabilizował wyspiarską gospodarkę. Sytuacja była na tyle ciężka, że rząd musiał wpuścić na większą skalę zagranicznych turystów. W domyśle tylko oni mają się tą walutą posługiwać, bo Kubańczycy swoje wypłaty otrzymują w
CUP, peso kubańskich, niewymienialnych. Kurs to 1 CUC = 24 CUP, przebitka jest więc olbrzymia.
Za CUPy można kupować jedzenie w rządowych sklepach i w rodzinnych knajpach, ale kupią różne dobra „luksusowe” – jak np. dezodoranty i dobre szampony – są zwykle tylko dostępne za CUCe.
„Tymczasem sprzedawcy nie zaznaczają nawet waluty przy cenie towaru. Jeśli coś się błyszczy, ma ruchome części i ładne opakowanie, wszyscy kubańczycy wiedzą, którymi peso powinni za nie zapłacić. I chcą to kupić, niezależnie od tego, co podszeptuje im duch Che Guevary” (C. Gorney, „Kuba od nowa”, NG Magazine 11/2012). Nie da się przy tej kuriozalnej sytuacji nie pomyśleć o Polsce za czasów słusznie minionych, o peweksach i magicznej mocy nabywczej dolara…
Skąd więc zwykli Kubańczycy mają CUCe? Od turystów, oczywiście – lekarze i inżynierowie notorycznie dorabiają jako taksówkarze lub barmani. Ale też od sporej emigracji kubańskiej (2,5 miliona Kubańczyków to emigranci, przy wyspiarskiej populacji wyspy ok. 11 mln), której największa część jest oczywiście w położonych zaledwie 150 km na północ USA. CUCe mogą też pochodzić z handlu – dobrami przywiezionymi przez wujków i ciotki z Ameryki, lub fantami wyniesionymi z miejsca pracy…
***
Po drugie -
Internet.
Jedynym jego dostawcą jest państwowa firma telefonii, ETECSA. Aby korzystać z jakiejkolwiek sieci wi-fi trzeba posiadać specjalne karty do logowania. Sieć nie jest na każdym rogu – tylko w wyznaczonych miejscach (niektóre hotele, miejskie parki), które łatwo poznać po tłumach ludzi wpatrujących się w telefony i laptopy. Kartę do Internetu najlepiej kupić w punktach ETECSA, i warto od razu zaopatrzyć się w kilka z nich – przed wejściem zawsze stoją tłumy turystów i mieszkańców (mnie dzisiaj nabycie kart drogą kupna zajęło 45 minut!). Jeśli ktoś bardzo będzie potrzebował karty na gwałt – na skwerkach i w parkach grasują „koniki”, oferujący karty po nieco zawyżonych cenach.
***
Zaopatrzone w dwie waluty i karty warte 8 godzin Internetu – możemy kontynuować zwiedzanie…
Tak więc zaglądamy do potężne kościołów i fortów, których chropowate mury pamiętają czasy XVI-wiecznych, hiszpańskich galeonów. Zwiedzamy muzeum miejskie w dawnym, barokowym
Palacio de los Capitanes Generales, który pamięta czasy hiszpańskiej generalicji i amerykańskich gubernatorów. Odwiedzamy bary, które pamiętają Hemingway’a, chociaż ceny kultowych drinków odstraszają. Niemniej, turyści muszą zajść do miejsc, które rozsławił:
My mojito in La Bodeguita, My daiquiri in El Floridita („Moje mojito w La Bodeguita, moje daiquiri w El Floridita”). Obiad wypada w niewielkim barze Van Van –turystyczna fama sprawiła, że ceny dań raczej wygórowane, ale są przynajmniej smaczne. Poza
cuba libre próbujemy sztandarowego dania Kuby -
la ropa vieja (dosłownie – „stare szmaty”) - pikantna, siekana, długo gotowana wołowina z ryżem. Doprawione, smaczne.
Kierując się na zachód, opuszczamy
La Havana Vieja, i wkraczamy w
Havana Centro - bramą tej dzielnicy jest
Parque Central, z pomnikiem narodowego wieszcza
Jose Marti - wielbionego przez Kubańczyków jak nasz Mickiewicz, Słowacki, Kapuściński i Szymborska razem wzięci. Rzut beretem jest
Capitolio National - łudząc podobny do waszyngtońskiego odpowiednika. Dookoła placu poparkowane są wycyzelowane, amerykańskie automobile z lat 50. XX. wieku. I nie są to wcale jakieś pordzewiałe gruchoty – te auta chyba nie wyglądały lepiej w dniu, gdy zjechały z linii produkcyjnej. Kubańczycy doskonale wyczuli, że turyści w równiej mierze przyjeżdżają tu dla drinków i plaż Varadero, jak i starych, amerykańskich aut. Są oczywiście i mniej dopieszczone, choć równie stare okazy – część to taksówki, część prywatne samochody. Są i Łady i Moskiwcze, kilka Maluchów. Są i nowe samochody – głównie KIA, kilka Peugotów. Można siedzieć w parku i po prostu patrzyć, jak mija nas to żywe muzeum motoryzacji…
Sama Havana Centro jest w sumie w podobnym stanie rozkładu jak Vieja, ale mniej tu architektonicznych perełek. Przechodzimy przez tzw.
El barrio Chino – chińską dzielnicę, w której nie ma praktycznie śladu po Chińczykach – wszyscy wynieśli się na początku lat 60. XX. wieku, gdy tylko Fidel wypowiedział słowo „socjalizm”. Rzut oka na nadbrzeżny deptak
Malecon, na razie słońce chce nas roztopić… Uciekamy rowerową taksówką do
Vedado - dzielnicy z modernistycznym zacięciem, kiedyś słynnej z mafii. Góruje nad nią
Hotel National - gdzie zatrzymują się sławni i sławniejsi tego świata. Stąd już tylko kilka kroków do sławnej lodziarni -
La Coppelia - fenomen od czasu powstania w latach 60. XX. w., sposób Fidela na wprowadzenie większej ilości nabiału do diety Kubańczyków. Lodów tylko kilka smaków, cień dawnej świetności. Położona w niewielkim parku - ma podwójny system płatności. Albo stoisz w długaśnej kolejce – przed parkiem, a nie do samej lodziarni – i płacisz grosze w CUPach, albo wysyłają cię do sekcji dewizowej, gdzie w solidnych CUCach kupisz lody bez kolejki. Oczywiście miałam zamiar grzecznie stać swoje, ale znowu pokonał nas upał – i już niech stracę, kupiłam tę gałkę za 0.50 CUC (ok. 2 PLN) – jak szaleć, to szaleć…b Jak się zrobiłyśmy tak rozrzutne w CUCach, to na powrót do naszej
casa w La Havana Vieja wybrałyśmy autobus publiczny (P5). Cena wg. przewodnika miała być zaledwie 0.40 CUP, ale był taki tłok, że podróżowałyśmy na gapę…
O ile jet-lag był przydatny o poranku, tak wieczorem już o 22 czasu lokalnego padamy z nóg. Ale nie był to źle spędzony dzień!