Wstęp: Maleńkie, ale suwerenne księstewko, powierzchniowo w ostatniej 10 państw świata – a jednak, pominąć przy okazji takiej podróży byłoby szkoda. Lichtenstein staje się więc moim 65 odwiedzonym krajem! Gdy w niedzielny poranek przejeżdżamy przez ulice stolicy –
Vaduz - wydaje się całkowicie wymarłe. Najwięcej życia i ruchu widzimy na… sporym parkingu koło stadionu, gdzie dzień zaczynają liczni mieszkańcy kamperów. Ośmieleni ich krzątaniem, testujemy w boju działanie kawiarki na taniej kuchence gazowej – kawa smakowała doskonale.
Cel: Przystanek w Lichtensteinie!
Materiały i metody: *Internet – uwaga, już od granicy z Austrią łapią nas sieci szwajcarskie, gdzie nie obowiązują preferencyjne warunki roamingu! Ręcznie można przestawić na sieć Lichtensteinu, gdzie obowiązują stawki unijne.
*Parking w Vaduz – spory, 10 min. Spacerem od centrum, darmowy w weekendy – koło stadionu.
Przebieg: Wciśnięte między Szwajcarię i Austrię księstewko leży w dolinie Renu – który zresztą stanowi granicę między nim a tą pierwszą. Biegnie nad nim stary, drewniany most – teraz pieszo-rowerowo-konna kładka. Choć teraz ścisły związek między dwoma krajami wydaje się naturalny - unia celna i monetarna, Szwajcaria miałaby również bronić Lichtensteinu w razie zagrożenia – kraje zbliżyły się dopiero po I wojnie światowej. Wcześniej, po wojnach prusko-austriackich protektorat nad Lichtensteinem roztaczał Wiedeń.
Okres dobrobytu zaczął się gdzieś w połowie XX w., obecnie Lichtenstein jest jednym z najbogatszych krajów świata – co zawdzięcza głównie statusowi de facto raju podatkowego na terenie Europy. Jest tu więcej zagranicznych przedsiębiorstw i towarzystw finansowych niż mieszkańców, i to niemal dwa razy więcej…
Nie ma tu za wiele do zwiedzania – kilka muzeów, w tym darmowe znaczków pocztowych (filatelistyka jest ponoć silną branżą w tym małym kraiku), można popatrzyć na zamek rządzącego księcia – kraj jest monarchią konstytucyjną, ale ponoć książę ma faktycznie sporo do powiedzenia w krajowej polityce, można też pojechać kilkanaście kilometrów na południe i zobaczyć drugi zamek – w
Balzers, pozostający w prywatnych rękach. Na tym kończymy naszą „przygodę” z tym krajem, bo czeka znacznie bardziej widowiskowa Szwajcaria…