Wstęp: Czym byłby rejs wycieczkowcem, gdyby nie obejmował przynajmniej jednego dnia na jakieś prywatnej wyspie (ewentualnie dnia na morzu), w trakcie którego można tylko i wyłącznie korzystać z atrakcji oferowanych przez armatora – zwykle za dopłatą? I tutaj go nie mogło zabraknąć – zresztą, dla wielu pasażerów to jest główna i zasadnicza atrakcja takich weekendowych rejsów na Bahamy…
Cel: Plażowy wypoczynek z widokiem na turkusowe wody Bahamów…
Przebieg: Gdy wstawałam koło 8 rano nasz wycieczkowiec stał już zacumowany u brzegu
Ocean Cay - wyspy wydzierżawionej przez MSC od Bahamów na 100 lat prywatnego użytkowania. Historia wysepki jest dość przemysłowa - została sztucznie usypana z myślą o wydobyciu piasku aragonitowego. Kiedy firma wydobywcza opuściła wyspę miejsce podupadało, stary sprzęt rdzewiał, i nie było tu wiele więcej niż postindustrialne wysypisko. W 2015 dostrzeżono tu potencjał turystyczny – tym bardziej, że okoliczne wody zostały pogłębione by mogły tu zawijać duże statki transportowe odbierające wydobyty materiał – co idealnie przydaje się również wycieczkowcom. Firma zainwestowała ponoć 200 milionów dolarów w rekultywację terenu (w tym tego podmorskiego) i przemianę w ten resortowy przystanek.
Poprzednim razem gdy wylądowaliśmy na podobnej wyspie nie byłam z całego układu zadowolona. Jednak tutaj – nie mając żadnych zupełnie oczekiwań, poza dniem odpoczynku w trakcie dopakowanego po brzegi programu – nie przeszkadzało mi to zupełnie. Zresztą sama wyspa jest o tyle lepsza, że można się po całej szwendać i obejść dookoła, jak ma się taką fantazję. Plaż jest kilka, przywieziono na nie idealnie biały koralowy piasek, przynajmniej jedna z nich wychodzi prosto na turkusowe wody Bahamów i nawet kątem oka nie widać kolosalnego statku. Zasadniczo jest to resort z prywatną plażą jak każdy inny – tylko tutaj hotel pływa, a zamiast jednej plaży mamy całą wyspę…